WAW-BCN-ZUH-SFO


Jakieś dwa miesiące temu powzięłyśmy z Martą decyzję o wyprawie do najbardziej absurdalnego kraju świata. Decyzja ta była podyktowana, jak zwykle z resztą, w równym stopniu naszym głodem przygody, jak i brakiem poczucia odpowiedzialności w kwestii naszych finansów osobistych, ale najbardziej to jednak faktem znalezienia przez nas okazji nie do odrzucenia, w postaci takich biletów do Kalifornii. Problem z tymi biletami był tylko taki, że to były bilety z Barcelony. Ale to taki problem, że w sumie żaden problem, ogarnęłyśmy tanie bilety do Barcelony, lecimy.
To nie tak, że to w teorii wyglądało dobrze. To już w teorii wyglądało bardzo źle. W poniedziałek miałyśmy przylecieć z Warszawy do Barcelony (3h lotu), po to, żeby we wtorek (po 13h włóczenia się po mieście i koczowania na lotnisku, bo przecież skoro miało być po taniości, to na nocleg nie ma budżetu) z tej Barcelony polecieć do Zurychu (2h lotu - owszem, w kierunku, z którego dzień wcześniej przyleciałyśmy), a stamtąd, po godzinnej przesiadce, miałyśmy udać się już prosto do Kalifornii, jedyne 12 godzin lotu. Z góry założyłyśmy więc, że jest to urlop mający zapewnić nam odpoczynek mentalny, bo na fizyczny nie miałyśmy za bardzo co liczyć, cała ta tułaczka na drugi koniec świata to bowiem wcale nie miał być jeszcze koniec naszej wędrówki - samej Kalifornii miały czekać nas jeszcze długie godziny, także nocne, spędzone w autobusach oraz dnie spędzone na łażeniu z ciężkimi plecakami po mieście. Ale co tam, hej przygodo, damy radę. 
Sradę. Już na etapie koczowania w Barcelonie zgodnie doszłyśmy do wniosku, że jakkolwiek źle wyglądało to na papierze, w rzeczywistości jest dużo gorzej. Ja wiem, że spanie na lotnisku to dla niektórych totalna norma, ale my nie zwyczajne jesteśmy do ekstremalnych rozrywek tego typu. 
Bo z tą Barceloną to było tak, że jeszcze ten etap łażenia po mieście był spoko. No trochę bolały te ciężkie eurasy wyłożone na przechowalnię bagażu i bilet na metro, którym pojechałyśmy do miasta niemalże tylko w tę i z powrotem, ale ta wolność swobodnego chodzenia po mieście w ten ciepły wieczór, bez ciężkiego plecaka, smakowała jeszcze lepiej niż kalmary, które na tym mieście zjadłyśmy. Przeszłyśmy się pod kościół Sagrada Familia (dalej nieukończony, jakby się ktoś mocno zastanawiał), strzeliłyśmy ze dwie fotki, połaziłyśmy śmierdzącymi ziołem podejrzanymi uliczkami, no słuchajcie życie jak w Madrycie. Ale może nie mówcie Katalończykom, że tak powiedziałam, bo ja się trochę ich jednak boję. 
Pod górkę zaczęło się robić w drodze powrotnej na lotnisko, jak zaczęła nas ścinać zmęczka. To jest słuchajcie gówno prawda, że co Cię nie zabije, to Coe wzmocni - co Cię nie zabije, to Cię przyciśnie do gleby, i nas tak przycisnęła świadomość tego, że nie będzie na tę zmęczkę leku w postaci kołderki i podusi. 
Było trochę niewygodnie i bardzo zimno. Mój drogi kolega Piotr (który jest totalnie specjalistą od nocowania na lotniskach, i on powinien o tym napisać książkę i przyznawać lotniskom gwiazdki, jak Michellin restauracjom) orzekł, że w sumie to lotnisko ma sporo plusów, jak choćby dostęp do internetu czy gniazdek, ale faktycznie zimno, więc on ocenia je tak na 7/10. I ja się muszę z tą oceną nie zgodzić, bo temperatura to jest jednak, moim zdaniem, kwestia dość zasadnicza, i ja bym za te zimno ucięła zdecydowanie więcej niż tylko 3 punkty. Ale w sumie, Piotrek mieszkał w Porto, a to trochę wypacza podejście do zimna, może on przestał je tak dotkliwie odczuwać. Ja w sumie też mieszkałam w Porto, ale na mnie to doświadczenie miało zupełnie odwrotny efekt, nabawiłam się takiej traumy, że teraz po 15 minutach zimno ogarnia mnie przenikający mnie do kości lęk, że teraz to już będzie tak piździć przez kolejne 4 miesiące, bez chwili wytchnienia. 
Koło piątej rano nie miałyśmy już siły oszukiwać siebie samych, że wszystko jest okej. Do odprawy i przejścia na drugą lotniskową stronę mocy zostało nam jeszcze tak conajmniej że dwie godziny, ale dalsze siedzenie na dupie tam, gdzie siedziałyśmy, nie wchodziło w grę, no chyba, że chciałybyśmy, żeby nam ta dupa do tego siedzenia przymarzła, to może. Poszłyśmy więc na herbatę, i tak, ja wiem, że są z nas gówno-oszczędzacze, bo niby tu chcemy przyciąć budżet o ten jeden nocleg, a później kupujemy kubek wrzątku za prawie trzy euro, ale w tamtym momencie to było zbawienie, i ja jestem pewna, że oni tam specjalnie tak chłodzą, żeby sprzedawać tę jebaną herbatę. 
A później to już poszłyśmy do odprawy, i przeżyłam mini zawał serca, kiedy miły pan mi powiedział, że on musi zważyć mój bagaż podręczny, żeby zobaczyć, czy on się mieści w limicie, a przecież ja dobrze wiedziałam, że się nie mieści, i już miałam przed oczami wizję wielkiego wyrzucania, ale pan na szczęście powiedział, że noooo, limit jest przekroczony, ale w sumie, to nic. I ja wtedy przypomniałam sobie za co kocham Hiszpanów. Tym bardziej, że jak czekałyśmy na nasz szwajcarski samolot o 9:45, to pojawił się komunikat, że planowany wylot to 9:47, i ja sobie wtedy pomyślałam, że Szwajcar to by mi tego bagażu tak nie przepuścił, i w sumie choćby po to było warto robić tę nawrotkę w Barcelonie. 
W Zurychu miałyśmy taką przesiadkę na szybko, że nie było marudzenia i łażenia po lotnisku, o wyjściu na miasto, to już nawet nie mówiąc. I całe szczęście, bo jakbyśmy tam miały za dużo czasu, to jeszcze byśmy zgłodniały albo zmarzły, a ja jestem pewna, że ta herbata tam kosztowałaby nas więcej niż 3 euro. Kiedyś, dawno temu, jeszcze w liceum, bylam w Szwajcarii przejazdem i miałyśmy wspólnie z koleżankami jakieś tam franki szwajcarskie i złudną nadzieję, że sobie za te franki na przykład coś zjemy. Po wejściu do Starbucksa okazało się, że na 4 małe kawy co prawda nam nie wystarczy, ale dwie duże, po jednej na dwie, udało nam się kupić. I chyba zostały nam jeszcze wtedy z tego jakieś drobne na kibel. A teraz, jak lądowałyśmy, to Marta z nazwy "Zürich duty free" zobaczyła tylko "rich duty free", ale zgodnie uznałyśmty, że to w sumie i tak na jedno wychodzi. 
Ale to było najbardziej luksusowe lotnisko, na jakim w życiu byłam. Nie, żeby tam się lały kryształy, czy coś, ale kojarzycie ten moment, kiedy patrzycie na coś, i to niby wygląda dość zwyczajnie, ale wygląda zwyczajnie w taki sposób, że wiadomo, że to było DROGIE? To tak wygląda właśnie lotnisko w Zurychu. Tam nawet te niewygodne ławki w poczekalni są właśnie mięciutkie i wygodne. Tam, to ja mogłabym spać. Ale chyba niegodnam spania w tych luksusach. 
Niegodna też się czułam warunków, jakie miałyśmy podczas naszego lotu pomiędzy Zurychem a San Francisco. Siedziałyśmy we dwie na trzyosobowym siedzeniu, co było o tyle super, że dzięki temu żadna z nas nie musiała przez 12 godzin siedzieć w kanapce. Później okazało się, że podają dobre jedzenie. To ciepłe danie to w sumie danie jak danie, ale do tego była też bulka, masło i ser, i oesuuu, to było takie dobre! Ta bulka była ciepła, więc to masło się rozpuszczało, a ten szwajcarski ser to też był taaaaki dobry, i ja wiem, że to może nie jest do końca normalne się ekscytować kanapką z serem, ale zrozumcie, że to była mega zajebista kanapka, i to w sytuacji, w której spodziewałam się gumowego żarcia. 
I w tym samolocie były też poduszki z pierzem. Z pierzem, normalnie z piórami były te samolotowe poduszki, i w nich znowu było po prostu czuć ten szwajcarski piniondz. Niestety, był to taki, parafrazując klasyka, luksus na miarę mojej osoby, bowiem jestem na pierze uczulona, więc ten luksus oznaczał dla mnie po prostu spanie bez poduszki. A to słabo, bo ja w ogóle słabo sobie radzę z zaśnięciem w środkach transportu, nawet tych, w których jestem uwięziona na dwanaście godzin. Nie wiem czy to jakaś dziwna odmiana choroby lokomocyjnej czy jakiś lęk przez chrapaniem w miejscu publicznym, ale no nie jest to dla mnie zupełnie proste i logiczne, że wsiadamy do samolotu i kima.
Na szczęście z pomocą przyszedł mi szeroki wybór filmów na pokładzie, oni tam mieli wszystko, od oskarowych hitów przez klasyki po Krainę Lodu i Baranka Shauna. Nadrobiłam więc filmowe zaległości, i całe szczęście, bo być w El-Ej w dniu rozdania Oscarów i nie orientować się w nominowanych filmach, to jednak trochę wstyd. Pokonałam więc kulturowe FOMO, ale już zmęczenia pokonać mi się nie udało, bo przecież nie spałam. Na koniec to już nawet nie zmęczenie mi dolegało najbardziej, tylko miałam serdecznie dosyć tego siedzenia. Mam taką teorię, że jeszcze sześciogodzinny lot to można w miarę na lajcie przeżyć, ale później, to każda kolejna godzina trwa tydzień. Więc jak ja po tym locie, który trwał sześć godzin i sześć tygodni, wyszłam na światło dzienne, i ono faktycznie było dzienne, bo tak sobie słuchajcie lecąc uciekaliśmy przed zmrokiem, że nigdy się nie zrobiło ciemno. I wylądowaliśmy po szesnastej czasu lokalnego, ale dla mnie to już równie dobrze mogła być jakaś dwudziesta siódma albo i trzydziesta czwarta, może i wzgórza i tramwaje są fajne, ale na pewno nie tak fajne, kak wizja spania w pozycji horyzontalnej. 
Całe szczęście, że to już niemalże ostatnia prosta w tej podróży była. Niemalże, bo czekało nas jeszcze zło wcielone w postaci amerykańskiej kontroli imigracyjnej, którą to zawsze się stresuję. Tym bardziej, że już raz się zdarzyło, że niespecjalnie chcieli mnie wpuścić, bo coś tam im się nie podobało. Ale to i tak wtedy nie był największy stres, jaki przeżyłam na lotnisku, największy stres, to był jak wyjeżdżałam z Kuby i pan Urzędnik Celny tak się bardzo długo i bardzo uważnie przyglądał mojemu paszportowi i coś mówił bardzo szybko do swojego kolegi, na ten paszport pokazując. A ja wtedy nie znałam hiszpańskiego, więc on mógł mówić “ty patrz, ale posrane nazwisko”, ale mi się wydawało, że na pewno mówi “ta to chyba jest poszukiwana” albo coś w ten deseń. I w sumie to nie dziwię mu się aż tak mocno, że się temu paszportowi tak mocno przyglądał, bo ja wtedy miałam 18 lat, ale zdjęcie paszportowe było zrobione jak miałam może z 10, no i powiem Wam, że trochę jednak inaczej wyglądałam, bo różnica wieku różnicą wieku, ale przede wszystkim to ja jako 10-latka miałam prost(sz)e włosy, a wszyscy wiemy jak bardzo jestem do mojego prostowłosego alter ego na co dzień podobna, czyli w sumie wcale. I to było na wyjeździe, i myślę sobie, co Ci szkodzi gościu, mnie wypuścić, no czy ja wyglądam na próbującą zbiec z kraju Kubankę? Ale teraz jak o tym myślę, to w sumie wszystko możliwe, że tak myślał. Biorąc pod uwagę, że mój portugalski landlord był przez dłuższy czas święcie przekonany, że jestem Hiszpanką, to może po prostu niektórzy ludzie żyją w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, i ja w tej alternatywnej rzeczywistości mam południową urodę. 
Po powrocie z Kuby zaraz zabrałam się za wymianę paszportu i kilka miesięcy później dostałam nowiutki i świeżutki, ten, który teraz trzymam w ręku. Chociaż on wcale nie jest lepszy. Był taki epizod w moim życiu, kiedy to grałam w pokemony na telefonie, ale to w sumie nie trwało zbyt długo, i chociaż początkowo byłam tym mega zajarana i denerwowałam tym wszystkich znajomych, to ostatecznie nigdy nie udało mi się złapać tam tylu pokemonów, ile mam we własnym paszporcie, bo ja tam oprócz, że tak powiem, portretu głównego, mam jeszcze trzy wizy, i te zdjęcia wizowe to co jedno, to lepsze. Na jednym na przykład włosy nie zmieściły mi się w kadrze, co w sumie jest dość normalne w moim przypadku. Na jednym próbowałam obejść wymagane “włosy za uszami” (spróbujcie założyć loki za uszy tak, żeby nie wypadały, super zabawa, naprawdę) kucykiem, ale to w sumie spowodowało, że wyglądałam jak bezwłose jajko. W ogóle na tych zdjęciach nie można mieć okularów, i to jest już problem, bo jak nie mam okularów, to widać, że mi opada jedna powieka, no i nie ma żadnej takiej alternatywnej rzeczywistości, w której to wygląda dobrze. 
I ja teraz z tym pełnym pokemonów paszportem i drżącym sercem szłam do tej pieprzonej kontroli. 
A tam się okazało, że pierwszy etap to wstukanie swoich danych i wskanowanie paszportu oraz odcisków palców do maszyny, a ja się ogólnie bardzo nie lubię z wszelkimi tego rodzaju samoobsługowymi punktami, bo zawsze coś w nich zrobię źle, i ta maszyna zaczyna wtedy krzyczeć, albo jeszcze gorzej, nic nie alarmuje, a w pobliżu nie ma żadnego człowieka, który potencjalnie mógłby nas wybawić z tego kryzysu. I oczywiście, tym razem też było coś nie tak, a mianowicie maszyna nie chciała skanować moich odcisków palców. W końcu podszedł do mnie jakiś człowiek i powiedział, żebym się zrelaksowała i tak nie cisnęła, i no dobra, okej, dobra rada, tylko że mogli to napisać w tej instrukcji, że zrelaksuj się i połóż dłoń, a nie że please press firmly.
W sumie to nie wiem po co jest ta maszyna, bo później są jeszcze zwykłe okienka i rozmowa z typem i on zadaje te same pytania co ta maszyna i też ogląda paszport. 
Pan w okienku okazał się miły i bezproblemowy, aczkolwiek lekko przerażony naszym planem podróżowania autobusami. Z kolei pani maglująca Martę wydawała się przerażona lokalizacją naszego noclegu, przez co i my sue trochę przeraziłyśmy. Kiedy dotarłyśmy na miejsce, to ja odetchnęłam z ulgą, a Marta chyba przeraziła się jeszcze bardziej. Chyba mam już przesuniętą granicę tego, co uważam za "podejrzaną dzielnicę", bo ta nasza dzielnica tutaj wygląda tak jak przeciętna dzielnica w takim na przykład Rio de Janeiro. Inna sprawa, że Amerykanie to jest taki naród, który każdą dzielnicę zamieszkiwaną przez osoby o kolorze skóry innym niż biały, uznają za szemraną. 
Ale tak to już jest z tym budżetowymi podróżami, że nie ma wybrzydzania. My też już naprawdę nie wybrzydzałyśmy, zjadłyśmy szybką kolację w postaci frytek z pobliskiego Burger Kinga — w końcu jesteśmy w Ameryce! — i przybyłyśmy do hotelu spać. I jest godzina 20:00 czasu kalifornijskiego, a my mamy zamiar przespać kolejnych godzin co najmniej dwanaście.

Komentarze

Popularne posty