San Francisco, powtórka z rozrywki


Dzisiaj miałyśmy chodzić już mniej*. Chciałabym móc powiedzieć, że "nauczone doświadczeniem", ale prawda jest taka, że doświadczenia to my pełno miałyśmy już wcześniej, a jak do tej pory, to jeszcze nic się na nim nie nauczyłyśmy. A postanowiłyśmy nie chodzić aż tyle, bo po prostu nie miałyśmy na to siły. Bolały nas nogi w stopach, w łydkach, w udach i w czym tam tylko jeszcze nogi mogą boleć. Poza tym miałyśmy przed sobą wizję kontynujacji naszej tułaczki i całonocnego przejazdu autobusem z San Francisco do Los Angeles. 
Ale zanim autobus i zanim LA, to spędziłyśmy kolejny dzień w przepięknym San Francisco. Tu jest tak cudownie, że czasami jak idę ulicą, to chce mi się płakać, bo nie bardzo wiem jak inaczej miałabym poradzić sobie z tą sytuacją. Jest taki tekst piosenki, że "serce aż pęka z nadmiaru piękna" i ja wiem, że tandeta, uwierzcie, w normalnych warunkach sama mam reakcję wymiotną na takie teksty, ale kurde, no właśnie tak się tu czuję. W ogóle że Stanami to mam trochę taki love hate relationship, i to nawet bardziej hate niż love, bo amerykańska kultura mnie po prostu wkurza. Po wielu latach studiów kulturoznawczych już teoretycznie wiem, że różnice kulturowe, że kultury wysokiego i niskiego kontekstu, że etapy rozwoju wrażliwości międzykultirowej i, co najważniejsze, że inne to tylko inne, bez wartościowania, ani lepsze, ani gorsze. To w teorii. A w praktyce to mnie to wkurwia niemiłosiernie, że tu nie ma klamek tylko te cholerne gałki, że okna się otwierają tak bez sensu, że do góry, że w komunikacji codziennej trzeba się uśmiechać od ucha do ucha i ogólnie zachowywać jak osoba z chorobą dwubiegunową w fazie maniakalnej i wszystko musi być takie przesadzone, że jak powiesz "ok, thank you", zamiast "awesome, thank you so much", to pewnie wezmą Cię za gbura, że wszyscy gadają jakby mieli gorącego kartofla w mordzie, i najgorsze ze wszystkich - że na każdym kroku trzeba uprawiać small talk. A to tylko takie zewnętrzne czynniki, do tego dochodzi amerykańska obsesja na punkcie pieniędzy, kultura życia na kredyt, brak porządnej komunikacji zbiorowej poza tymi największymi miastami (a i w tych często jej brak), miasta, które nie są miastami, tak jak my je rozumiemy, tylko takimi wyspami połączonymi autostradą - wyspa szpital, wyspa kino, wyspa mieszkalna, wyspa sklep, wyspa centrum handlowe, wyspa mieszkalna, wyspa restauracje, wyspa mieszkalna, wyspa park, w którym można się przejść, ale żeby móc się przejść, to trzeba tu dojechać samochodem. 
To ostatnie to problem większości Ameryki. Tej większości, która w ogóle mnie nie interesuje. Ale jednak tu wracam, i poddaję się tej kontroli imigracyjnej, i wydaję miliony monet, bo kocham tutejsze miasta giganty. Do tej pory dobrze znałam i kochałam jedno, z drugiej strony, nad innym oceanem. A teraz zakochuję się w tym. 
Nie mam pojęcia, jak miałabym je porównać. To niemożliwe. Nawet jeśli zdarzają się jakieś podobieństwa - pierwszego wieczoru tutaj uznałam, że tutejszy Financial District przypomina trochę Lower Manhattan, i w sumie to podtrzymuję swoje zdanie - to jednak są zupełnie inne. Zupełnie różne jest też moje doświadczenie z nimi. To pierwsze znałam dobrze, bywałam często i swego czasu niemalże nazywałam domem. To drugie dopiero co poznałam i mam tylko kilka dni na spędzenie wśród tych wzgórz. Ale już jestem kupiona. Dajcie mi mieszkanie i pracę w San Francisco, to zostanę. Co prawda nie bardzo wiem co miałabym tu robić, bo jedyne co potrafię, to kilka języków i opowiadać durne historyjki o życiu. Czyli można powiedzieć, że potrafię opowiadać durne historyjki o życiu w kilku językach. W sumie całkiem chwytliwie to brzmi, może sobie to do CV dopiszę. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, ktokolwiek będzie czytał moje CV, obchodziły go będą raczej moje marne umiejętności obsługi Excela niż upartość w opowiadaniu ludziom szczegółów moich absurdalnych przygód. Godzę się więc z tym, że nikt mi w San Francisco pracy nie zaoferuje. A szkoda. 
Dzień zaczęłyśmy od burżujskiego śniadania w słynnej podobno Dottie's True Blue Café. Było ultra pysznie i mieli piękne kubeczki na kawę, tak piękne, że od razu pomyślałam, że gdyby nie to, że miałam nic nie kupować, to na pewno bym go wzięła. Za każdą cenę. Najgorzej, jak się człowiek postanowi trzymać własnych zasad. Pocieszało mnie tylko to, że w sumie, to i tak nie miałabym na ten kubek miejsca w bagażu. Ale po tym jak dostałyśmy rachunek za jedzenie, to zmieniłam zdanie, i wcale nie dałabym wszystkich pieniędzy za ten kubek, bo po zapłaceniu rachunku, to niewiele mi ich w ogóle zostało. W ogóle to przekonałam się na własnej skórze i na własnym portfelu o tym, o czym wszyscy mówili mi przed wyjazdem - na zachodnim wybrzeżu USA jest drogo. Na wschodnim w sumie też, ale tu jest jeszcze drożej. Nie szanuję tych cen. Szanuję za to amerykański zwyczaj darmowej dolewki kawy. Kawy, kawy, kawy, kawy dajcie. 
Po śniadaniu wybrałyśmy się nad wodę, żeby zjieu jeść. W Ferry Building co wtorek i czwartek odbywa się jedzeniowy rynek. Naszym celem była była słynna kanapka z wieprzowiną, okrzyknięta w jakimśtam rankingu najlepszą kanapką Ameryki. Nam nie smakowała, ale jak to skomentowała Marta, czasami trzeba spróbować też i niedobrych rzeczy.
Trzeba też, najwyraźniej, powłóczyć się po nieładnych dzielnicach. Naszym celem był Mission Park, na który trafiłyśmy wczoraj zupełnym przypadkiem i bardzo nam się tam spodobało, bo był piękny widok i dużo piesków, czyli w sumie wszystko, czego trzecia do szczęścia. Wczoraj jednak dotarłyśmy tam kiedy słońce zaczęło już zachodzić i było po prostu za zimno na to, żeby tam siedzieć. Dzisiaj miałyśmy oszczędzać nogi, stwierdziłyśmy więc, że siedzenie w parku to idealna opcja. Szkoda tylko, że zapomniałyśmy, że ten park jest cholernie daleko. Z Ferry Building zaczęłyśmy więc kierować się ku dzielnicy Mission. Ulica, która szłyśmy była okropnie długa i bardzo nieciekawa. Nie, żeby była to jakaś straszna dzielnica, po prostu nie było tam zupełnie nic ciekawego. To w sumie dokładnie tak wyobrażałam sobie Kalifornię - słońce napieprza, wszędzie jest daleko, mniej więcej tak samo i niezbyt ciekawie. Ale to dobrze, przydał mi się taki reminder, że nawet te najpiękniejsze miejsca mają nieciekawe strony. W tej części San Francisco chyba nie chciałabym mieszkać.
Totalnie mogłabym za to mieszać w Mission, dzielnicy do której wreszcie dotarłyśmy po tym okropnie długim spacerze. Murale, kolory i klimat trochę południowoamerykański, wszędzie na około słychać hiszpański, jest klimacik, a w pobliżu cel naszej wędrówki - cudowny, położony na wzgórzu - Mission Dolores Park. A w tym parku czułam się, jakbym się zanurzyła w instagramie, a dokładniej w najlepszej części instagrama, czyli w tej, w której są pieski. To jest bowiem park, w którym pieski mogą normalnie i legalnie biegać bez smyczy i one totalnie z tego prawa korzystały. A my siedziałyśmy, jadłyśmy precle w czekoladzie i podziwiałyśmy je, i nie wiem kto był szczęśliwszy, te biegające za piłką i tarzające się w trawie pieski, czy zapatrzone w nie my. Wiecie co jeszcze, oprócz piesków biegających w parkach bez smyczy, jest w Kalifornii legalne? Zioło. I z tego prawa Kalifornijczycy też jak najbardziej korzystają, bo ten silny i specyficzny zapach unosi się tu w powietrzu absolutnie wszędzie.
Po zjedzeniu precli zjadłyśmy w parku jeszcze pickę. Dobra była, ale znowu lekko zbankrutowałyśmy. Problem jest taki, że w Stanach nigdy nie wiadomo do końca ile zapłacisz, bo do ceny początkowo podanej doliczany jest później jeszcze podatek, a na koniec to jeszcze ty jesteś proszony o doliczenie napiwku. A napiwki w Stanach opcjonalne są tylko w teorii, Amerykańscy kelnerzy, barmani, bariści i ogólnie osoby pracujące w gastronomii zarabiają głodową stawkę i właściwie żyją z napiwków. I o ile jestem jak najbardziej za tym, żeby ludzie, którzy mnie obsługują zarabiali godne pieniądze, o tyle wolałabym, żeby to płacił im pracodawca, i żeby ta och godziwa stawka była od razu wliczona w cenę mojego posiłku, i żebym na dzień dobry, patrząc w menu, wiedziała ile zapłacę, a nie musiała uskuteczniać jeszcze jakieś skomplikowane obliczenia.
Problem był taki, że robiło się już późno i zimno, my robiłyśmy się mega zmęczone po tych dzisiejszych spacerach, a do autobusu ciągle jeszcze miałyśmy kilka ładnych godzin, które musiałyśmy jakoś zabić. Postanowiłyśmy więc zobaczyć jak Little Italy wygląda nocą. No wygląda ładnie, ale za bardzo nie mogłyśmy się na tym ładnym wyglądaniu skupić, bo tak bardzo bolały nas stopy i plecy i wszystko inne i tak bardzo byłyśmy zmęczone. I zaczęłyśmy fantazjować o tym jak cudownie będzie wreszcie móc wysłać się we własnym łóżku, kiedy za kilka dni wrócimy do domu. A to chodzenie po Little Italy i tak było jeszcze względnie łatwe, bo chodziłyśmy bez bagaży. Chwilę później musiałyśmy już wracać do hostelu, żeby te bagaże odebrać, a stamtąd ruszyłyśmy w stronę stacji autobusowej. Miałyśmy do przejścia koło kilometra, czyli niezbyt dużo, ale musiałyśmy to przejść z ciężkimi plecakami. I już miałyśmy dosyć tej wycieczki i wszystkiego, ale w końcu stwierdziłyśmy, że może i bolą nas okropnie nogi i musimy nieść ciężkie plecaki, ale niesiemy te plecaki przez San Francisco. I może i wcale nie wypoczniemy przez noc, bo spędzimy ją w autobusie, ale ten autobus zawiezie nas do Los Angeles. Mogło być gorzej, przyznajcie sami.
*nic z tych planów nie wyszło, przeszłyśmy dziś ponad 26km, czyli jeszcze więcej niż wczoraj.

Komentarze

Popularne posty