If you're going to San Francisco, to się zmęczysz


Podobno normalni ludzie wyjeżdżają na urlop po to, żeby wypocząć. Zupełnie obcy mi jest ten koncept, bo ja wyjeżdżam na wakacje, żeby się zniszczyć. Nie celowo co prawda, ale zawsze tak jakoś wychodzi. Z różnymi ludźmi podróżowałam, i są tacy, którzy odległość dwóch przystanków zawsze chcą pokonać autobusem. I dobrze, bo tacy nie zaoszczędzą może na biletach, ale oszczędzą tego swoim stopom. Jednak ci ludzie, z którymi podróżuję najczęściej w ogóle tak nie mają. I ja też tak nie mam.
Jak wróciłam do Porto na drugiego Erasmusa, to byłam tak szczęśliwa, że tam znowu jestem, że chciałam odwiedzić wszystkie miejsca, za którymi się stęskniłam. I co z tego, że powiedziałam sobie wtedy, że przecież nie muszę zobaczyć wszystkiego pierwszego dnia, że przecież będę tam jeszcze przez kolejne kilka miesięcy, że przecież jeszcze zdążę. Co z tego, skoro pierwszego dnia wróciłam do domu późnym wieczorem i ledwo żywa ze zmęczenia, a krokomierz w telefonie pokazywał przebyte prawie 30km. Wtedy jednak miałam te kolejne kilka miesięcy na wypoczynek. A teraz mam przed sobą tydzień intensywnego podróżowania. A dziś znowu mam na liczniku grubo ponad 20km i chciałabym powiedzieć, że nie czuję nóg, ale niestety czuję je bardzo dotkliwie.
25,34km, bo dokładnie tyle pokazuje mój telefonowy licznik, to wcale nie jest aż taki długi dystans. To znaczy: to wcale nie jest aż takidlugi dystans na płaskim terenie. Nie wiem czy kojarzycie jak wygląda San Francisco, ale płaski teren, to to nie jest.
Ja nie wiem dlaczego zawsze wybieram takie pełne wzgórz miejsca, zupełnie nieświadomie to robię. A może podświadomie? Jeśli tak jest, to mam bardzo chorą, masochistyczną podświadomość. Bo kto normalny chciałby tak łazić w górę i w dół, w górę i w dół, w górę i w dół, w górę... no już macie chyba mniej więcej ogólny obraz sytuacji.
Zaczęłyśmy ten dzień wizytą w Chinatown, które to płynnie przechodzi w Little Italy, i powiem Wam, że to jest poezja, jak tak subtelnie rząd chińskich knajp przechodzi w rząd pizzerii, a szyldy nagle z tych znaków, których nie rozumiem, zmieniają się na takie z napisami w stylu "gnocchi". I w tym Little Italy miałyśmy pierwszy przystanek doładowujący, wypiłyśmy kawę w kawiarni, w której podobno Francis Ford Coppola pisał scenariusz do Ojca Chrzestnego. No bardzo fajna miejscóweczka, a z ulicy, przy której jest położona, rozciągał się jeszcze fajniejszy widok, na takie ogromne wzgórze. Mówię do Marty - ej, ciekawe co to za budynek, ten czarny. Ona ze strachem w oczach pyta - ten tam na samej górze?? Po szybkim researchu nie dowiedziałam się co prawda co to za budynek, ale okazało się, że tam na górze jest też taras widokowy. Zarządziłam, że idziemy.
Jakieś trzydzieści kroków później, trzydzieści kroków pokonanych, pragnę zaznaczyć, pod tę cholerną górę, zupełnie żałowałam już swojej decyzji. Ale konsekwentnym trzeba być, więc szłyśmy dalej. Jak skończyła się droga, to zaczęły się schody i nie rozpłakałam się chyba tylko dlatego, że bylam tam zmachana, płaczu, to moje płuca już na pewno by wtedy nie wytrzymały.
Przyznaję, widok z góry był piękny.
Ale widok jak widok, chwilę popatrzysz, zrobisz parę zdjęć, popatrzysz jeszcze trochę, no i ile można patrzeć, trzeba iść dalej. A dalej była tylko droga w dół. Czyli był to klasyczny przykład góry miejskiej, pod którą wchodzi się po to, żeby z drugiej strony móc z niej zejść. Sytuacja znana mi dobrze z Portugalii. W sumie to nawet słyszałam takie opinie, że Lizbona przypomina San Francisco. Tak na pierwszy rzut oka, to wcale, ale jak się nad tym dobrze zastanowić, to są pewne podobieństwa. Te góry i doły, tramwaje, duży czerwony most, bliskość wody, piździ w pomieszczeniach mieszkalnych i nie ważne w jakim języku się do ludzi odezwiesz, to i tak zawsze odpowiedzą Ci po angielsku.
Z Little Italy dotarłyśmy do nadbrzeża. Co było o tyle tragiczne, że jak się już dotrze do wody, to później w każdą stronę jest pod górę. Trochę więc cieszył nas spacer tamtą okolicą, a trochę się przejmowałyśmy czekającą nas wspinaczką. Ale muszę przyznać, że całkiem tam było przyjemnie. Miałyśmy na przykład okazję poobserwować przesłodkie lwy morskie. Taki lew morski, to totalnie jest mój spirit animal. Duże to, a takie durne. Te, które obserwowałyśmy, zajmowały się zrzucaniem się nawzajem z podestów. Wskakiwały na nie, żeby zaraz zostać zrzuconym. Syzyfowa praca. Zupełnie jak nasze łażenie po mieście. 
Później byłyśmy jeszcze w wielu innych ładnych miejscach, ale w sumie, to teraz, jak już dobiłyśmy do brzegu, to znaczy, do hotelowego pokoju, to jestem tym tak zmęczona, że nawet nie mam siły o tym wszystkim pisać. W ramach walki z jet lagiem łyknęłyśmy więc sobie melatoninę (mamo, wiem, że to brzmi trochę jak metaamfetamina, ale przyrzekam, że to nie narkotyk, to sprzedają w aptece) i teraz to już totalnie aaa kotki dwa. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy, żadna ilość snu nie zapewni nam regeneracji, bo w sumie to do zmęczenia podróżą, które jeszcze do końca z nas nie zeszło, dorzuciłyśmy sobie jeszcze dwadzieścia pięć kilometrów pod górę w nogach. No dobra, nie wszystkie kilometry były pod górę. Ale i tak mamy dosyć wszystkiego, i jesteśmy takie zmęczone, że nawet nie dojadłyśmy czekolady, którą sobie kupiłyśmy "bo nam się należy"*. A to wiele znaczy. 



*No dobra, przyznaję, jakbyśmy nie przeszły tyle kilometrów i by nam się nie należało, to i tak kupiłybyśmy czekoladę.

Komentarze

Popularne posty