fontanny, biblioteki i stare kapcie


Właściwie to nie pamiętam, jak się poznałyśmy. Chyba ktoś do kogoś napisał na Facebooku, nie pamiętam o co chodziło, chyba o kurs portugalskiego. Zgadałyśmy się, że mamy razem zajęcia z literatury Angoli i postanowiłyśmy się spotkać na kawę.

Nowe miejsce, nowi ludzie, zawsze dobrze kogoś poznać, co nie? Co prawda nie szukałam koniecznie znajomych z Polski, wręcz przeciwnie, będąc w obcym kraju, chciałam raczej poznać ludzi z całego świata. Tych z Polski miałam pełno w Polsce. Niektórzy potrzebują tego kawałka domu z dala od domu w postaci rodaków spotkanych za granicą. Ja zupełnie nie jestem taką osobą. Zdecydowania nie jestem typem człowieka, który za granicą na dźwięk języka polskiego zaczepia mówiąc “o, dzień dobry my też z Polski!”. Okazało się, że ona też zupełnie nie jest tym typem człowieka. A jednak, pomimo wszystko postanowiłyśmy wtedy wypić te kawę razem. I bardzo cieszę się, że to zrobiłyśmy, bo powiem Wam, że to był początek pięknej przyjaźni.

Miałam szczęście poznać w życiu mnóstwo ciekawych ludzi ludzi, z różnych krajów, różnych kultur, różnych punktów widzenia. I ta różnorodność, ten wachlarz tego co ludzkość ma mi do zaoferowana jest chyba tym, co pcha mnie za drzwi znowu i znowu. Jest tyle różnych ludzi do poznania! Ale w tym gąszczu dusz i osobowości, kiedy jest ich dużo i kiedy wszystko jest obce i nowe, poznanie kogoś, kto okazuje się bardzo do ciebie podobny, daje niesamowity komfort. Macie czasami tak, że kupicie nowe buty, ale one w ogóle nie wydają się nowe, bo są tak wygodne jak stare kapcie? Może to słabo porównywać swoich znajomych do starych kapci, ale w tym momencie z moich ust to największy komplement.

Są tacy ludzie, których poznajemy i od razu, z automatu, czujemy się dobrze w ich towarzystwie. I tak chyba było z nami. To znaczy, mogę mówić tylko za siebie. Ale po ilości wypitych już później, po tej pierwszej, wspólnie kaw, po ilości zjedzonych razem obiadów (obrzydliwych obiadów, warto wspomnieć) na uniwersyteckiej stołówce, po ilości godzin spędzonych wspólnie w kawiarniach, kiedy próbowałyśmy się uczyć – i czasami nawet się uczyłyśmy, ale głównie jednak gadałyśmy –wnioskuję, że ona też dobrze czuła się w moim towarzystwie. Na tej pierwszej kawie okazało się, że mamy niezwykle podobną historię życia – obie z małego miasteczka w wielki świat, obie tak samo nieprzystosowane do życia w tym małym miasteczku, obie tak samo głodny wrażeń i podróży, obie z dokładnie tą samą historią złego wyboru studiów – obie byłyśmy na Politechnice, obie te Politechniki rzuciłyśmy – obie w pewnym momencie wyjechałyśmy za granicę do pracy, obie ostatecznie postanowiłyśmy studiować języki. Mało tego, spotkałyśmy się na zajęciach z literatury Angoli, obie zafascynowane Afryką, obie szczęśliwe, że możemy brać udział w takich fascynujących zajęciach. 

Któregoś dnia wybrałyśmy się na wycieczkę do Coimbry. Chciałyśmy zobaczyć uniwersytet, a na tym uniwersytecie przede wszystkim starą bibliotekę. To jedna z najpiękniejszych bibliotek, jakie widziałam w życiu. Uwielbiam miejsca pełne książek! Nawet te z bardzo starymi książkami, które sprawiają, że kicham. Mi jednak z Coimbrą kojarzyła się przede wszystkim historia o Pedro i Inês, portugalska legenda-nielegenda. historia o księciu i jego kochance, którą on pośmiertnie koronował na królową, kiedy sam był już królem. Chociaż tak naprawdę, to wcale nie do końca tak było. A raczej – nie wiemy, czy było, czy nie było – źródła historyczne opowiadające o tym fakcie nie pochodzą z epoki, a z czasów późniejszych, więc może to prawda, a może już wtedy była to legenda. Jakkolwiek nie byłoby jednak z tą koronacją, Pedro istniał i Inês istniała również, i mieszkali w Coimbrze właśnie. Niestety, Inês została zamordowana – jej śmierć zlecił ówczesny król Portugalii, ojciec Pedra. Zginęła podobno na terenie posiadłości, która nazywa się teraz Quinta das Lagrimas, czyli… no dobra, nie wiem jak przetłumaczyć “quinta”. Majątek? Posiadłość? Posesja? W każdym razie, druga część tej nazwy, “das Lagrimas”, pochodzi od łez. Legenda głosi, że na Quinta das Lagrimas straszy duch Inês. Mało tego, jedna z fontann w tej posiadłości, nazwana Fontanną Łez ma w sobie kamień, który, według legendy, splamiony jest krwią Inês*, a w samej fontannie płyną jej łzy. 

Chciałam tę fontannę zobaczyć. To był bardzo gorący dzień. Chłodziłyśmy się piwem pomiędzy jedną atrakcję turystyczną, a drugą, ale i tak było ultra gorąco. Zwiedziłyśmy uniwersytet, pochodziłyśmy po uliczkach, zobaczyłyśmy słynne coimbryjskie republiki, czy domy studentów, które są o tyle ciekawe że często wiszą na nich różne śmieci (dosłownie, patrz zdjęcie) i własnoręcznie zrobione szyldy z fantazyjnymi nazwami. Postanowiłyśmy iść też do Quinta das Lagrimas. Upał był okropny i pamiętam to do dzisiaj. Ja nie wiem jak to się dzieje, że gdziekolwiek bym się nie wybrała, to jest albo cholernie zimno, albo cholernie gorąco, i ja to później pamiętam, że albo trzęsłam się z zimna, albo pot ciekł mi po dupie. W tym przypadku była to zdecydowanie opcja druga. Quinta das Lagrimas położona jest po drugiej stronie rzeki niż starówka, toteż droga zajęła nam trochę. Za wstęp musiałyśmy zapłacić, ale już dobra, niech stracę te trzy czy pięć euro. Przeszłyśmy się po parku, który był bardzo ładny swoją drogą, ale nie dla parku tam byłyśmy. Szukałyśmy tej słynnej fontanny i w końcu ją znalazłyśmy. Okazała się dosłownie dziurą w skale i dziurą w ziemi, oraz przepływającym pomiędzy dziurą w skale a dziurą w ziemi strumyczkiem. Właściwie, to nie wiem, czego oczekiwałyśmy po fontannie z XIV wieku. Pewnie mimo wszystko czegoś bardziej spektakularnego. 

Tylko ten jeden raz w życiu byłam w Coimbrze. Nie dlatego, że mi się tam nie podobało, tylko po prostu, nigdy więcej się jakoś tak nie złożyło, ani wtedy, ani kiedy półtora roku później znowu zamieszkałam w Porto. 

Odkąd wyjechałam z Porto, nie widziałam się też z Klaudią. Ona wróciła do Anglii, ja wróciłam do Polski. Później ona jeździła to tu, to tam, ja w sumie też, i jakoś tak się nie złożyło, żebyśmy były w jednym miejscu o tym samym czasie. Tak to już jest z takimi przyjaźniami na odległość, że trzeba to zaakceptować, że może zobaczymy się za rok, a może za 5 lat. A może nigdy się nie zobaczymy. Nie, nie chce mi się w to wierzyć. Na pewno kiedyś się zobaczymy. Ale to właściwie w ogóle nie jest ważne, żyjemy przecież w przyszłości, żyjemy w tych futurystycznych czasach, kiedy mamy te dziwne małe urządzenia, które mieszczą nam się w dłoni i w których mieści się cały świat. Cały świat, w tym nasi najbliżsi znajomi – nawet ci z geograficznego punktu widzenia najdalsi. Możemy rozmawiać i rozmawiamy. Nawet jeśli nie codziennie, nawet jeśli nie co tydzień, to i tak wiem, że jak się w końcu spotkamy, to wcale nie będzie tak, jakbym założyła dawno nienoszone buty, od których nabawię się odcisków. 


Życzę wam na nowy rok, i na całe życie, takich wspaniałych przyjaciół-starych kapci, jak ci moi.

*jak się przyjrzycie, to nawet widać na tym moim zrobionym kalkulatorem zdjęciu, że jeden z kamieni pod wodą jest taki czerwonawy – to jest ta rzekoma plama po krwi 

Komentarze

Popularne posty