dyptyk nowojorski

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rok 2012. Nie pamiętam, który dokładnie miesiąc, na pewno gdzieś między wrześniem a grudniem. Mam 19 lat i mieszkam w Stamford w stanie Connecticut, gdzie pracuję jako niania. 

To strasznie niewdzięczna robota, bo ktoś mówi Ci, jak masz wychować jego dzieci i wychodzi do pracy. Choćbyś się w ogóle z tą filozofią wychowania nie zgadzał, ostatecznie robisz, co Ci każą. Owszem, uważasz, że pakowanie plecaka ośmiolatkowi to jakaś forma unieperłnosprawniania go, jak takie dziecko, które przez całe życie miało niańki, które sprawdzały co dokładnie ma zadane i tylko podsuwały mu konkretne zadanie pod nos, i kroiły jabłka w ćwiartki, ma sobie kiedyś poradzić w życiu? Ale kroisz te jabłka i pilnujesz tych planów lekcji i przyjmujesz na siebie winę za to, że dziecko nie pamiętało, że w środę ma w szkole zajęcia z gry na skrzypcach. 

Jak się ma dziewiętnaście lat i nie ma się pojęcia, co by się chciało zrobić z życiem, a świat wydaje się za duży i zbyt fascynujący, oferujący zbyt wiele możliwości, by zdecydować się na jedną li jedyną, to taka praca wcale nie wydaje się taka zła. Szczególnie, że wiąże się z możliwością mieszkania 40 minut pociągiem od Manhattanu.

W liceum oglądałam Plotkarę i marzyłam o tym, żeby kiedyś, chociaż raz, też móc usiąść na tych schodach pod Metropolitan Museum. Teraz myślę, że to zabawne, jak się czasami układa życie. Że wiele rzeczy, o których marzyłam, ostatecznie mi się przydarzyło, chociaż nigdy wtedy, kiedy o nich marzyłam, i nigdy dokładnie w takiej formie. Chciałam pojechać do Nowego Jorku, chociaż raz. Wtedy nie pojechałam, pojechałam po liceum, i zamieszkałam na jego przedmieściach. Jadąc do Stanów wymyśliłam sobie, nie mam pojęcia dlaczego, że chciałabym pojechać stamtąd na urlop do Brazylii. To było lata przed tym, niż choćby pomyślałam o studiowaniu portugalskiego, o studiowaniu w Brazylii nawet nie mówiąc. Chciałam po prostu odwiedzić Rio, zobaczyć widok z tej góry, co to na niej stoi ten Jezus. Kiedy ponad rok temu byłam w Brazylii, chciałam z kolei jechać do Argentyny, ale to też mi się nie udało. Później planowałam pojechać do Argentyny na wakacje, ale ostatecznie uznałam, że nie mam teraz wystarczająco dużo pieniędzy, żeby tę wycieczkę zorganizować tak, jakbym chciała (czyli zrobić wielkie koło nie tylko przez Argentynę, ale też Urugwaj i Paragwaj, może Brazylię, może Chile), więc odłożyłam ten wyjazd na kiedyś. Ciekawa jestem, co będzie z tą Argentyną i kiedy znienacka uda mi się jednak ją odwiedzić.

Ale ja nie o Argentynie, a o Nowym Jorku. O Nowym Jorku, który był dla nas nagrodą za wszystkie trudy tej niewdzięcznej pracy. Dla nas, młodych dziewczyn z różnych krajów, głównie Europy, dla nas, które spotykałyśmy się co poniedziałek w Starbucksie na wieczorze dla zdrowia psychicznego, kiedy to mogłyśmy ponarzekać (czasami) na dzieci, których pilnowałyśmy i (częściej) na ich rodziców. A w weekendy, upragnione weekendy, najczęściej wsiadałyśmy w pociąg i jechałyśmy na Manhattan. 

Tamtego dnia zebrało się nas osiem. Siedem Szwedek i ja, też blondynka, wtedy bardzo jasna blondynka, która doskonale wtapiała się w to szwedzkie otoczenie. Co prawda ta moja obsesja na punkcie Szwecji to chyba jest jakaś wrodzona (znalazłam ostatnio u rodziców wycinek lokalnej gazety, w którym był ze mną wywiad przeprowadzony po tym, jak wygrałam jakiś tam szkolny konkurs, i na pytanie co chciałabym robić w przyszłości, odpowiedziałam, że chciałabym studiować Dziennikarstwo albo Skandynawistykę, bo chciałabym kiedyś pisać o Szwecji!), ale upatruję silnego bodźca wzmacniającego ją w tym szwedzkim towarzystwie, w którym obracałam się mieszkając w Stanach. Wybrałyśmy się na Brooklyn Bridge. 

Wyjeżdżałyśmy rano, więc poprzedniego wieczora przygotowałam sobie ubrania, plecak i jedzenie na drogę, podłączyłam baterię od aparatu do ładowania i wyczyściłam kartę pamięci, żeby mieć pewność, że zmieszczą się na niej wszystkie zdjęcia, zarówno samego mostu, jak i widoku na Manhattan od strony Brooklynu, jak i widoku na Brooklyn od strony Manhattanu, jak i nas świetnie się bawiących podczas wolnego dnia w Nowym Jorku. 

Nie pamiętam jak dotarłam na stację. Może pojechałam samochodem, może podrzuciła mnie koleżanka. Wsiadłyśmy do pociągu jako pierwsze, reszta wsiadała później albo jechała inną linią. Spotkałyśmy się na Grand Central, pod flagą, bo umawianie się na Grand Central pod zegarem, to jak umawianie się pod rotundą – bez sensu, wszyscy się tam umawiają. Wsiadłyśmy w metro, bo z 42 ulicy do samego mostu jest…. no na pewno ponad 42 przecznice. A to długi spacer, i bezsensowny, biorąc pod uwagę, że cel miałyśmy inny. Wyjście ze stacji metra przy Moście Brooklyńskim prowadzi prosto na niego. Zlałyśmy się więc z tłumem innych turystów i ruszyłyśmy przed siebie.

I to był ten moment, w którym zdałam sobie sprawę z tego, co zrobiłam.

Wyciągnęłam z plecaka aparat, żeby zacząć dokumentować ten dzień. Wcześniej nie było po co, nie było też za bardzo jak – od zatłoczonego pociągu, przez zatłoczoną stację Grand Central, po zatłoczone metro, nigdzie tam nie było za bardzo warunków na robienie zdjęć. Poza tym, miałam wtedy inną filozofię fotografii, lubiłam robić zdjęcia ładne, zdjęcia ładnych miejsc, ciekawych. Teraz dalej robię zdjęcia ładnych miejsc, ale gdyby ten dzień powtórzył się dziś, pewnie bardziej interesowałoby mnie uwiecznienie tych ośmiu białych głów jadących metrem, nas na Grand Central, próbujące znaleźć odpowiednią linię metra, plecaki rzucone jeden na drugim w pociągu podmiejskim. Wtedy jednak, musicie mi wybaczyć, miałam tylko 19 lat. I chciałam zrobić zdjęcie Brooklyn Bridge.

I wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że nie zrobię zdjęcia niczego, bo co prawda miałam ze sobą aparat, ale już bateria została w domu, w ładowarce.

Moją pierwszą myślą było – odłączyć się na trochę od grupy, poszukać jakiegoś Best Buy’a (takiego Media Markt) i kupić zapasową baterię. Ale kiedy to przemyślałam – zanim zdążyłabym wrócić, cała reszta byłaby już dawno na Brooklynie, a ja zamiast spędzić dzień ze znajomymi, spędziłabym go sama, szukając sklepu. Postanowiłam więc, że wrócę na most innego dnia, trudno, najwyżej sama, i zrobię ładne zdjęcia. 

Nigdy nie wróciłam. A przynajmniej nie wtedy.

Ale nie wiem, czy jakikolwiek obraz z tamtego pobytu w Stanach wyrył się w mojej pamięci skuteczniej, niż las budynków na horyzoncie po stronie Brooklynu czy East River z Manhattanem w tle widziana z Empire Fulton Ferry Park. Odkryłam wtedy (może to żadna rewelacja, ale przypominam, że miałam wtedy DZIEWIĘTNAŚCIE lat), że oglądanie świata przez obiektyw aparatu jest dużo mniej ciekawsze, niż to, co dzieje się, kiedy ten aparat odłożymy.

Nigdy nie byłam zbyt zdolnym fotografem, choć usilnie próbowałam. Podobno trening czyni mistrza, może jednak próbowałam niewystarczająco usilnie. Ale nie potrafiłabym zrobić zdjęcia na tyle dobrego, żeby oddało piękno tamtego miejsca. I tamtego dnia. 

Poszłyśmy później na obiad gdzieś w Little Italy i zastanawiałyśmy się bardzo długo, po czym wszystkie zamówiłyśmy gnocchi. A idąc z powrotem na Grand Central spotkałyśmy Michaela Nyqvista, chociaż ja wtedy nie wiedziałam jeszcze, kim jest Michael Nyqist. Był dla mnie spotkanym przypadkowo Szwedem, który szedł za nami i po tym, jak usłyszał swój język, zaczął z nami rozmawiać. To znaczy, zaczął rozmawiać z dziewczynami, ja się tylko uśmiechałam. Dwa lata później na zajęciach ze szwedzkiego oglądaliśmy film z nim w roli głównej. JA GO SPOTKAŁAM KIEDYŚ W NOWYM JORKU! Chciałam tak powiedzieć, ale nie powiedziałam, bo wiecie, jak się patrzą na ludzi, którzy mówią takie glamour rzeczy w stylu “kiedy byłam w Nowym Jorku…”. Chociaż w tym Nowym Jorku nie było zbyt wiele glamouru, ale oni o tym nie wiedzieli. Nie przyznałam się więc, że kiedyś prawie rozmawiałam z Michaelem Nyqvistem (to znaczy, mogłam z nim rozmawiać, gdybym znała wtedy szwedzki).

A na Brooklyn Bridge, jak już wcześniej wspomniałam, już nie wróciłam. Tak to jest, z rzeczami, które się ma bardzo blisko – łatwo jest odkładać i powiedzieć “jeszcze przecież zdążę”, a później wydarza się życie, i nagle się okazuje, że jednak się nie zdążyło.


CZĘŚĆ 2

Wyjeżdżałam ze Stanów nie mając pojęcia czy kiedykolwiek tam wrócę. Wiedziałam, że nie chciałabym tam mieszkać. No, chyba, że w samym Nowym Jorku. Chciałam wrócić kiedyś w odwiedziny, zobaczyć jeszcze raz ulice, po których chodziłam albo zwiedzić zupełnie nowe miasta. Ale kiedy wyjeżdżałam, to miałam dwadzieścia lat i nie wiedziałam jak potoczy się moje życie. Czy będzie mnie kiedykolwiek jeszcze stać na wycieczkę do Stanów? A może nie dostanę wizy?

Trzy lata w przód. Znowu życie potoczyło się swoim torem i znowu stały się rzeczy, których choćbym chciała, to bym sobie nie wyobraziła, a juz na pewno bym ich nie zaplanowała. Nagle okazało się, że moja przyjaciółka bierze ślub z Amerykaninem.

No dobra, może nie tak nagle. Ale w pewnym momencie, kiedy w ogóle się tego nie spodziewałam, zostałam zaproszona na ślub w Stanach. Nie do Nowego Jorku, co prawda, a gdzieś w Pensylwanii, ale znowu miałam wizę w paszporcie i bilet lotniczy i skoro już miałam być po tamtej stronie oceanu, nie mogłam darować sobie wizyty na Manhattanie.

To była bardzo filmowa sytuacja. Trzy przyjaciółki, każda w innym zakątku świata, spotykają się w Nowym Jorku. P., która już mieszkała w Stanach, S., która wtedy mieszkała w Szwecji (czego przeokropnie jej zazdrościłam, ale o tym innym razem) i ja, która przyleciała z Porto. 

Postanowiłyśmy z S. pierwszych kilka dni spędzić w Nowym Jorku. Wydałyśmy więc horrendalną sumę na hotel, w którym wspólne łazienki były tak obrzydliwe, że nie chcę wracać do tego wspomnieniami. Ale hotel był gdzieś w okolicach 40 ulicy (to tak na środku Manhattanu), czyli lokalizacja była super. Spędzałyśmy całe dnie chodząc po mieście (trochę, bo było przeraźliwie zimno) i po muzeach (to już więcej, i o tym też innym razem), co jakiś czas wstępując do Starbucksa albo Dunkin Donuts, bo na normalny obiad, to niespecjalnie było nas stać. 

I jednego z tych kilku dni wybrałyśmy się też na Brooklyn Bridge. I tym razem mam nawet zdjęcia. 

Ale nie była to jedyna nasza wyprawa w dół wyspy. Ostatniego dnia w Nowym Jorku poszłyśmy poszwendać się po Downtown. Cele miałyśmy dwa – dom Carrie Bradshaw (zastawiony łańcuchem z napisem PROSIMY NIE ROBIĆ SOBIE ZDJĘĆ NA SCHODACH – zobaczyłyśmy, aha, poszłyśmy dalej – i tak nie miałyśmy zamiaru robić tam sobie zdjęć, ale połaziłyśmy trochę w pobliży, uliczki w tamtej okolicy są piękne!) oraz South Street Seaport, które jest moim absolutnie ulubionym miejscem w całym mieście.

Nie wiem, dlaczego nigdy o nim nie słyszałam, dlaczego nie trąbią o tym miejscu w żadnych przewodnikach – może trąbią, tylko nie w tych, które ja czytałam. Ale ja w każdym razie nie słyszałam o tym miejscu nic, dopóki pewnego dnia po prostu tam nie zawędrowałam. Klimat jest jak z filmów z lat 50-60 z Nowym Jorkiem w tle, sklepiczki, restauracje, plac, port, niesamowicie malownicza okolica. A najlepszy w tym wszystkim jest taras widokowy. Taki taras, na którym można usiąść i patrzeć przed siebie, a przed sobą mieć brooklyński skyline. South Street Seaport ma tylko jeden problem – najpiękniejsze jest latem. A my byłyśmy tam zimą.

Było cholernie zimno. Jakieś -15 stopni, a do tego jeszcze wiało. Ręce bez rękawiczek marzły w sekundę, a ja popełniłam taktyczny błąd i założyłam zły płaszcz. Miałam ze sobą taki elegancki i taki ciepły, i tamtego dnia założyłam elegancki, żeby mieć ładne zdjęcia. Wiem, wiem, nic nie musicie mi mówić.

Ten klimat lat 50. objawia się w tamtym miejscu na przykład tym, że mają taką… lodziarnię w starym stylu. I my do tej lodziarni zaszłyśmy. I jeśli uważacie, że jedzenie lodów przy -15 stopniach na dworze to totalna głupota, to wstrzymajcie na chwilę tę myśl…

…my te lody wzięłyśmy na wynos.

I poszłyśmy z nimi na ten taras widokowy.

S. ma taką teorię, że bogaci ludzie nie czują zimna. Że jak się widzi w środku zimy w jakichś burżujskich miejscach ludzi siedzących na zewnątrz, nie wiem, w paryskich kafejkach albo na molo w Sopocie, to to są ludzie bogaci i ich grzeje pieniądz. No nas niestety pieniądz nie grzał, bo niemalże ostatni pieniądz to wydałyśmy na te lody. Głupota niestety, jak się okazało, też zbytnio nie grzeje. Ja chyba nawet tych lodów nie dojadłam, tak mi było zimno. Ale zanim doszczętnie przemarzłyśmy, to jeszcze zdążyłyśmy się tam napatrzeć na ten widok. 

I tym razem miałam ze sobą aparat. I zrobiłam zdjęcie. I jest na nim i Brooklyn, i East River, i Brooklyn Bridge też na nim jest. I po raz kolejny przekonałam się, że ten widok jest dużo lepszy na żywo niż na zdjęciu.

Ciekawe, czy jeszcze kiedyś usiądę na tym tarasie. Jeśli tak, to mam nadzieję, że latem.

Komentarze

Popularne posty