dwie strony medalu (i oceanu)


Spoiler alert: Portugalia przegrała tamten mecz. Ale to właściwie żaden spoiler, bo ten mecz rozegrał się już prawie półtora roku temu, i wszyscy dobrze wiemy, że w 2018 Portugalia odpadła z Mundialu w 1/8 finału.

Wróciłyśmy z Sintry, zmęczone chodzeniem góra-dół-góra-dół. Ale wróciłyśmy do Lizbony, więc marne to było pocieszenie, bo w sumie w Lizbonie czekało nas to samo: góra-dół, góra-dół. Nie wiem, czy ja jestem skazana na takie miejsca, w których nie chodzisz, tylko się wspinasz? Najpierw Porto, później ta Lizbona, a na koniec to się okazało, że między moim domem a uniwersytetem w São Paulo, oprócz tego, że było blisko, to była też GIGANTYCZNA GÓRA. W Warszawie to samo –cała Warszawa jest płaska, i tylko mój wydział musiał być podzielony na dwa budynki, które, jak Paweł i Gaweł, jeden na dole, drugi na górze. O tym nie ja decydowałam, ale już na tę cholerną azorską górę to nikt mnie nie zmuszał, żeby wchodzić, a jednak poszłyśmy na nią. I właśnie sobie przypomniałam, że ze wszystkich miejsc na świecie, do których mogłam jechać, na najbliższy wyjazd wybrałam... San Francisco.

Ale te wszystkie góry, to były później. Dzień, pochmurny dzień, w którym to dniu dorobiłam się poparzenia słonecznego drugiego stopnia na ramionach, spacerując wzdłuż Tagu, też był później – a dokładnie 1 lipca. 30 czerwca był mecz Portugalia – Urugwaj.

Na Terreiro do Paço, zwanym też Praça do Comércio, rozłożyli wtedy strefę kibica, wiecie, taką z telebimem i budkami z piwem. Chciałyśmy, żeby Portugalia wygrała tamten mecz, bo to byłoby niesamowite przeżycie, być tam, w tamtym miejscu, w takim momencie i zobaczyć ten świętujący naród. To co zobaczyłyśmy, okazało się jednak dużo ciekawsze.

Na początku był gol dla Urugwaju. I to tak zaraz na początku. Ale jak wiadomo, 1:0 to jeszcze o niczym nie przesądza. Wręcz przeciwnie, rozgrzało to kibiców. Atmosfera była super – wszyscy krzyczeli, śpiewali, dopingowali (chociaż obiektywnie rzeczy biorąc nie miało to sensu, bo portugalska reprezentacja grająca w Soczi nie miała szans usłyszeć tego, co dzieje się w Lizbonie, ale nikomu to nie przeszkadzało). Pierwsza połowa minęła na takiej jeszcze radosnej nerwówce, wiecie – no dalej, dalej, weźcie strzelcie coś.

I strzelili. Względnie na pocżątku drugiej połowy Portugalia wyrównała do 1:1. Ależ to był szał! 

Szkoda tylko, że ten szał trwał tylko kilka minut, bo zaraz Urugwaj też strzelił gola. Nerwówka – już mniej radosna, a bardziej nerwowa – rozpoczęła się na nowo. Minuty mijały, gole nie padały. Kibice kibicowali, bo to w końcu jest naczelna funkcja bycia kibicem, ale w grze niewiele się zmieniało. No, chyba, że to, że do końca było bliżej i bliżej. Wybiła dziewięćdziesiąta minuta, wybiła i dziewięćdziesiąta któraśtam, do której sędzie wydłużył grę. I nic. Nic się nie stało.

To znaczy – stało się. Urugwaj wygrał. Wyobrażam sobie, że w Urugwaju się cieszyli.

W Lizbonie nie cieszyli się wcale. Chciałabym w tym miejscu móc stwierdzić, że zapadła cisza, bo to byłoby takie teatralne. Ale tak nie było, to chyba niemożliwe, żeby taki tłum nagle zupełnie zamilkł. Ale decybele faktycznie poleciały w dół, a krzyki i śpiewy zamieniły się w szum. 

Tłum zebrany na Praça de Comércio zaczął się rozchodzić, a że był to spory tłum, a lizbońskie ulice, nawet te "szerokie", są jednak dość wąskie, to utworzył się z tego jakby orszak. Smutny orszak żałobny idący wzdłuż Tagu, w stronę zachodzącego słońca, w zamyśleniu rozmyślając nad przeżytą właśnie porażką. Jakież to k***a portugalskie! Nigdy nie przepadałam za Lizboną, jako miastem, a spędzony tam miesiąc tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że tylko Porto. Ale tamten wieczór miał w sobie coś niezwykłego. Ten smutny kolektywny spacer, ta nostalgia wisząca w powietrzu. Dokąd zmierzali wszyscy Ci ludzie?

W sumie to nie wiem, bo poszłyśmy z Martą jeść. Wystarczy już tych sentymentów. 

To była letnia noc, jedna z tych, która jest tylko w domyśle, bo chociaż zegarek wskazuje już na "dobry wieczór" albo w tym przypadku raczej "boa noite". I to było jeszcze boa noite, "bua noity", taka prawdziwie portugalska. Miesiąc później byłam już w Brazylii, a "noitysz" zamieniły się w "noiczis". Ale wtedy, na tym meczu, byłam jeszcze pomiędzy. Już świadoma, że zaraz będę po drugiej stronie, ale ciągle jeszcze jednak na ziemi Camõesa. 

I właśnie wtedy, na tamtym placu, podczas tamtego meczu zrobiłam to zdjęcie, tej portugalsko-brazylijskiej flagi, tej przedziwnej hybrydy. Ona była wtedy jak miód na moje serce, które już niedługo miało zostać rozdarte, wiedziałam o tym. Ta flaga to było jak idealne połączenie pastel de nata i brigadeiro. Coś pięknego.

Komentarze

Popularne posty