dwadzieścia siedem


Na siedemnaste urodziny dostałam tort z siedemnastu piw. To było w czasach, kiedy żeby kupić siedemnaście piw, albo w sumie jakąkolwiek ilość piw, trzeba było mieć pełnoletnich znajomych. Tym bardziej podziwiam więc ten cudowny prezent, jaki zrobiły mi wtedy moje współlokatorki. Te piwa leżały przez jakiś tydzień w bębnie pralki, w naszym mikroskopijnym mieszkaniu i ja ich ta nie znalazłam. Cóż, na liście priorytetów siedemnastoletniej mnie pranie nie było zbyt wysoko. W sumie, to na liście priorytetów dwudziestosiedmioletniej mnie zbyt wiele się w tym zakresie nie zmieniło.

O północy z 13 na 14 stycznia 2011 roku, kiedy kończyłam 18 lat, Sandra kazała mi wypić kieliszek wódki. Taki duży kieliszek. Bez popity. “Junko, twardym trzeba być, a nie miętkim, pij to”.   Później były jeszcze jakieś imprezy, jak to zwykle bywa na osiemnastkę. Chyba było fajnie. Sama uszyłam sobie sukienkę. Była bardzo źle uszyta, ale bardzo mi się podobała. No regrets.

W 2014, dwudzieste pierwsze urodziny obchodziłam co prawda w Warszawie, ale świętowałam je kilka dni później w Rzymie. Mniej więcej wtedy okazało się, że moja wtedy współlokatorka, dziś przyjaciółka, też obchodzi urodziny -nastego stycznia i że podziela moją miłość do samolotów, lotnisk, i bycia daleko. Od tamtego Rzymu zaczęły się nasze wspólne podróże.

Od tamtego Rzymu zaczęło się właściwie wiele rzeczy. Trochę rzeczy się skończyło. Po powrocie z tamtej wycieczki podjęłam decyzję o rzuceniu studiów. A mogłam być dziś dobrze zarabiającą inżynierką. Pamiętam, że wróciłam z tego Rzymu i miałam jakiś kod do napisania, ale tak bardzo nie mogłam się za to zabrać. Zamiast tego spisywałam historie tego, co się w tym Rzymie wydarzyło, przeglądałam zdjęcia i montowałam nagrane filmy. Siedziałam później nad tym kodem całą noc i na 8 rano zaniosłam go na zaliczenie. Był to jednak ostatnio kod jaki napisałam w życiu. Później już tylko pisałam te historie. 

A rok później poleciałyśmy do Madrytu. Już studiowałam iberystykę, jeszcze nie mówiłam po hiszpańsku. Było zimno. Było pięknie. 

Nie pamiętam co się stało w 2016, dlaczego nigdzie nie pojechałyśmy. Pewnie nie miałyśmy hajsu. Jak spędzałam urodziny numer dwadzieścia trzy? Nie pamiętam.

Urodziny numer dwadzieścia cztery spędzałam w Porto jedząc sushi ze wspaniałymi ludźmi i dostałam kolczyki z literkami “P”, co było bardzo miłe, ale zastęskniło mi się wtedy bardzo za ludźmi, którzy nigdy w życiu nie daliby mi nic z literą “P”, bo wiedzieli, że jedyna właściwa dla mnie litera to “J”. Niemniej jednak, spędzanie urodzin w tamtym pięknym mieście wspominam bardzo dobrze.

Dwadzieścia pięć świętowałyśmy znowu we Włoszech. Tym razem na północy kraju. Chodziłyśmy pod bolońskimi arkadami, jadłyśmy bardzo dużo dobrej picki i płakałyśmy pod florencką katedrą. Znowu było zimno. Znowu było pięknie.

Na dwudzieste szóste podróży nie było, bo podróż odbyła się na zaś, dwa tygodnie wcześniej. Z okazji Sylwestra 2018, Nowego Roku 2019 i naszych dwudziestych szóstych urodzin biedowałyśmy w Szwecji i Finlandii i męczyłyśmy się chodząc po Tallinie w deszczowy, skacowany dzień. Było zdecydowanie zimniej. I chyba jeszcze piękniej.

W tym roku styczeń znowu w Warszawie. Ale to nic, bo odbijemy to sobie już za chwilę. Już za chwilę znowu spakujemy plecaki, znowu pojedziemy. Tym razem będziemy czuć oceaniczną bryzę na policzkach, chodzić pod górę, jeździć tramwajami i jeść tacosy i o mamuniu, już nie mogę się doczekać. Ale zanim pojedziemy, to kończymy dwadzieścia siedem.

Nie wiem, czy to dużo. Im starsza się robię, tym mniej przerażają mnie te liczby, tym mniejszą czuję presję, tym mniej sobie wyrzucam, że w tym wieku, to już powinnam była “coś” osiągnąć. Dalej nie wiem czym to “coś” właściwie jest. Nie wiem, mam dwadzieścia siedem lat, mieszkałam w siedmiu różnych miastach, w czterech różnych krajach na trzech różnych kontynentach. Zaczęłam trzy kierunki studiów, skończyłam tylko jeden. No, prawie skończyłam. Nie mam doktoratu, nie mam magistra, ale zamówię sobie kawę w paru różnych językach. Wczoraj spływały do mnie wiadomości z życzeniami, krótsze, dłuższe, z bliska, z daleka. Od tylu wspaniałych ludzi. Tylu ich przez te dwadzieścia siedem lat poznałam.

Kończę dwadzieścia siedem pod jedenastym adresem, pod jakim przyszło mi w życiu mieszkać. I chyba pod tym póki co zostanę.


A może by tak znowu…? Kto wie, gdzie będę na dwadzieścia osiem.

Komentarze

Popularne posty