dorsze i horoskopy


Przed świętami w kręgach portugalistycznych zaczęło krążyć zdjęcie “choinki” ustawionej z suszonego dorsza. To jest, moi drodzy, bardzo hermetyczny żart i dla kogoś kto nigdy w Portugalii nie mieszkał, zupełnie nieśmieszny. Ja jednak zadławiłam się ze śmiechu, jak to pierwszy raz zobaczyłam, a mój kolega Piotr porozsyłał to chyba wszystkim znajomym, którzy mogli skumać żart. 

Specjalnie napisałam – "kto nigdy w Portugalii nie mieszkał”, a nie “nie był”. Można być w Portugalii i dorsza kojarzyć co najwyżej z daniem w restauracji. Ja tak miałam, kiedy pojechałam do Portugalii po raz pierwszy, na wakacje. Jadłam bacalhau com natas, czyli dorsza w śmietanie (pycha!) i bacalhau à Brás, czyli taki z cebulą i ziemniakami (niezłe, ale nie tak dobre jak ten pierwszy) i jeszcze parę innych rodzajów dorsza. Ale dopiero kiedy przeprowadziłam się do Portugalii i zaczęłam tam normalnie, niewakacyjnie żyć, i na przykład chadzać do supermarketu, zrozumiałam, tak naprawdę zrozumiałam, że Portugalia to kraj dorsza.

Wchodzisz do supermarketu. Kasy, ludzie, przeważnie dział piekarniany na wejściu, zaraz warzywa i owoce. Niby supermarket jak gdziekolwiek indziej na świecie. Ale wystarczy, że wejdziesz ciut głębiej, że miniesz warzywniak i… dopada Cię smród dorsza. Kiedy pierwszy raz to poczułam, byłam absolutnie pewna, że w tym sklepie coś się zepsuło. Ale lodówki zdawały się działać a wszyscy naokoło zdawali się w ogóle, nawet w najmniejszym stopniu nie przejmować się tym okropnym smrodem. Minęłam zamrażarki i dział z nabiałem i dotarłam do epicentrum tego huraganu smrodu – sterty suszonego dorsza. Przyrzekam, myślałam, że zwymiotuję. Szybko odeszłam od ryby i na wdechu robiłam pospiesznie zakupy. Z ulgą wyszłam na świeże powietrze zastanawiając się, jak ja do diabła mam przez najbliższy rok robić zakupy w tym smrodzie??
Okazało się, że kilka tygodni później, tak jak wszyscy inni klienci, w ogóle nie zwracałam uwagi na ten smród. Cóż, jak widać, do wszystkiego, naprawdę wszystkiego, idzie się przyzwyczaić. I nie mówię nawet o Portugalczykach, bo oni to tego dorsza to mają wpisanego w DNA, żyją z tym od małego, więc nawet nie muszą się jakoś specjalnie przyzwyczajać, oni to się z tym rodzą. Pewnie na portugalskiej porodówce wiszą płaty suszonego dorsza, żeby mały João czy mała Ana Maria mogli z pierwszym płaczem i oddechem poczuć zapach ojczyzny.

Nic nie jest bardziej portugalskie niż ten śmierdzący dorsz. Ani ocean, ani niebieskie kafelki, ani fado, ani karawele, ani nic, no po prostu nic. 

Ale nie dowiecie się tego raczej ani na wycieczce all inclusive do Algarve ani, tym bardziej, nie przeczytacie o tym w żadnym przewodniku. Może wspomną, że Portugalczycy mają podobno 365 przepisów na dorsza i można go zamówić we wszystkich restauracjach lizbońskiej Baixy. Ale nikt nie pisze o tym, że ten dorsz w postaci przed obróbką termiczną tak okropnie jebie. 

Gdybym miała kiedyś napisać książkę o moich portugalsko-brazylijskich doświadczeniach, o tej jakże dziwnej, ale fascynującej przygodzie, jaką było pięć (no, teraz to już zaraz sześć się zrobi…) lat studiów portugalistycznych, to zatytułowałabym ją: dorsze i horoskopy. Nie żadne tam “w rytmie samby i przy dźwiękach fado” ani “od Lizbony po Rio”. Nie. Dorsze i horoskopy.

Lubię patrzeć na świat pod kątem innym niż ten najbardziej powszechny, ale jednocześnie nie odbiegać od rzeczywistości. Akceptować świat, miejsca i ludzi takimi, jakimi naprawdę są, a nie takimi, jakimi były w moim wyobrażeniu. W moim wyobrażeniu, szczególnie tym, które miałam zanim się tam przeprowadziłam, Portugalia to melancholijne dźwięki dziesięciostrunowej gitary i fale oceanu rozbijające się o skały w ciepły, acz mglisty dzień. A prawda jest taka, że w Portugalii pada, zjadają samogłoski i śmierdzi dorszem.

Dlatego też jadąc do Brazylii starałam się nie mieć żadnych, ale to żadnych wyobrażeń. Co, jak wiadomo, jest niemożliwe. Wyobrażałam sobie więc, na przykład, zupełnie mimowolnie, że w Brazylii jest ciepło, a później przeokropnie przemarzłam i dokupowałam dodatkowe koce. Wyobrażałam sobie też, że jak odkręcasz kran, to leci z niego, w zależności tego, jak ustawisz, ciepła bądź zimna woda. Znowu źle – w Brazylii ciepła woda jest tylko pod prysznicem, a ręce, zęby i naczynia myje się w zimnej. Co przy 30 stopniach jest spoko, ale przy 13 bez ogrzewania sprawia, że pragniesz wyć do księżyca. 

Nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie wpadłabym na to, że ulubionym tematem Brazylijczyków jest nie piłka nożna, nie polityka (choć jest to temat popularny), ulubionym tematem Brazylijczyków są horoskopy. “Jaki jest Twój znak zodiaku” pada zaraz po “jak masz na imię”, mało tego, na jego podstawie ocenia się ludzi, i to zupełnie nieironicznie. Kiedy opowiadasz komuś o kimś, zaraz też pada pytanie o znak zodiaku tej osoby. I odpowiadasz, że Baran, i słyszysz, że nie warto się z nim zadawać, bo jest z natury bardzo niepewny siebie i to na pewno będzie rzutować na Waszą znajomość. Oczywiście powyższe zdanie jest totalnie z dupy, bo ja się, w przeciwieństwie do Brazylijczyków, na horoskopach totalnie nie znam. Poza tym nie bardzo w nie wierzę. Mój znak podobno jest skupiony na sukcesie i uparcie i wytrwale dąży do celu, wkładając w to dużo pracy – powiedzcie to mojemu promotorowi, to będzie miał niezły ubaw.

I to wszystko, te wszystkie wspomnienia i historie i przemyślenia, wzięły się z jednego małego zdjęcia. Nie mojego, co prawda, tylko z jakiegoś mama znalezionego na facebooku, ale tak sobie pomyślałam, że faktycznie jedno zdjęcie wyraża tysiąc słów, tylko ja i tak zawsze od jednego zdjęcia wolałam… no te tysiąc słów właśnie. I postanowiłam przegrzebać własne zdjęcia, powyciągać ich kilka, a nawet więcej niż kilka – starszych, nowszych, różnych. I niech to będzie moje “podsumowanie dekady” – momenty zupełnie nieprzełomowe, wspomnienia, o których już zdążyłam zupełnie zapomnieć, mniej lub bardziej ciekawe historie i momenty, które przyjdą mi na myśl patrząc na te zdjęcia.


I będę je pisać przez cały styczeń, bo styczeń, to jest taki miesiąc, kiedy już niby na nowy rok jak na barani skok dnia przybywa, ale tak właściwie, to dalej jest okropnie szaro, buro, zimno i ciemno i czasami bardzo trudno jest znaleźć powód do tego, żeby się z łóżka podnieść i w ten szary dzień wkroczyć. To chociaż tyle będzie na mnie w te bure dni czekało – stare zdjęcia* i historie czekające na opowiedzenie.

*kolejne zdjęcia będą już moje, ale niestety nie mogę obiecać, że będą równie śmieszne jak to dzisiejsze

Komentarze

Popularne posty