czarno na białym


2010, maj, pierwsza klasa liceum. Mokre kurtki, bluzy i spodnie suszyły się absolutnie wszędzie. Wszystkie szafy, wieszaki, krzesła – wszystkie możliwe krawędzie, na których można było coś zawiesić – pokryte były ubraniami, a każdy niemalże centymetr kwadratowy podłogi pokryty był śpiącymi ludźmi. Nocowało u nas wtedy kilkanaście osób, co jest niesamowicie imponującym wynikiem, jeśli weźmie się pod uwagę metraż tamtego mieszkania. Dwadzieścia trzy metry kwadratowe nazwane raz przez mojego kolegę akwarium (nie wiem do końca, czy obraźliwie, czy żartobliwie), przez nas nazywane kurnikiem (jak najbardziej pieszczotliwie). Dwa pokoje, to nie powinny być dwa pokoje, w jednym byłaby chociaż jakaś przestrzeń. Dwa pokoje, które musiałyśmy podzielić na trzy osoby. Żeby było sprawiedliwie, podzieliłyśmy je na sypialnię (w której stłoczyłyśmy dwa łóżka – jedno zwykłe i jedno piętrowe) oraz salono-jadalnio-pokój do nauki, czyli po prostu drugi pokój,  którym stał stół i cztery krzesła – trzy dla nas i jedno dla niespodziewanego gościa (a goście zawsze się znajdowali). W każdym kącie upchane były szafki i komody, bo gdzieś przecież musiałyśmy trzymać jakieś książki i ubrania. Nie było normalnych drzwi, tylko takie przesuwane, które robiły strasznie dużo hałasu, jak się nimi poruszało. To zdjęcie, na którym stoję w łazience, przedstawia też kawałek przedpokoju, ale robione było zapewne z sypialni. Miałyśmy system luster, dzięki któremu z każdego niemalże miejsca można było zobaczyć wszystkie pozostałe pomieszczenia. Dlatego też, gdziekolwiek nie przyszłoby mi mieszkać później, nie narzekałam na mały metraż, bo nic nie było tak małe, jak dwadzieścia trzy metry kwadratowe na trzy osoby.

Ale to były dwadzieścia trzy metry kwadratowe wolności, niezależności i szczęścia. Dwadzieścia trzy metry kwadratowe, na które mogłyśmy zapraszać kogo chciałyśmy i kiedy chciałyśmy. I zapraszałyśmy, bo mogłyśmy. Na przykład czternaście (czy ile tam) osób na Kortowiadę. 

Tamtego roku grało Pokahontaz, a ja, kiedy się o tym dowiedziałam, to mało co nie wybuchłam ze szczęścia. Możecie tego o mnie nie wiedzieć, ale w liceum byłam ultrafanką hip-hopu. O.s.t.r. i Paktofonika leciały u nas na tych dwudziestu trzech metrach kwadratowych w zapętleniu i do porzygu. No na koncert Paktofoniki, to się, z wiadomych przyczyn, wybrać nie mogłam. Ale Pokahontaz to było dla mnie takie “next best thing”. 

Znałam wszystkie teksty. Jeden, jak widać, tak bardzo przypadł mi do gustu, że go sobie wypisałam na koszulce. To nie był wcale jakiś najlepszy tekst, ale na moją obronę mam to, że miałam wtedy siedemnaście lat. Poza tym, na koszulkę całkiem nieźle pasował.

Bardzo chciałam stać w pierwszym rzędzie. Dopchałam się do drugiego, a przede mną stała dziewczyna, która spojrzała na mnie tak, że mi jakoś przestało na tym pierwszym rzędzie zależeć. W Olsztynie to nigdy nie wiadomo kto z której jest strony torów, a ja wolałam wtedy nie drążyć tematu. 

Okropnie wtedy padało. Oczywiście w ogóle nam to nie przeszkadzało i skakaliśmy w deszczu. Górka Kortowska stała się górą błota, po której bardzo łatwo było zjechać w dół, ale bardzo trudno było się wspiąć. 

Wracałyśmy do mieszkania falami. Ja wróciłam chyba z tą ostatnią falą, w kaloszach ubabranych błotem od góry do dołu, i w totalnie przemokniętej kurtce, której nie było już gdzie powiesić. Bo kurtki i inne ubrania suszyły się absolutnie wszędzie. 

Komentarze

Popularne posty