Blue...?


Dzisiaj jest Blue Monday i on ogólnie polega na tym, że ludzie są przybici, bo jest szaro, buro i zimno, a poza tym zdają sobie sprawę z tego, że ich postanowienia noworoczne z hukiem legły w gruzach już dobry tydzień temu, i ogólnie znowu w życiu im nie wyszło. Mi tam o tym, że nie radzę sobie w życiu, to nie musi taki Blue Monday przypominać, mi o tym skutecznie przypomina każdy poniedziałek, a także w sumie każdy czwartek i wtorek, a jak dobrze pójdzie, to i sobota. 
Żałość całej tej historii i tego “w-życiu-sobie-nie-radzenia” niech umocni to, że inni ludzie, jak mają jakieś przypałowe historie, to one przynajmniej wynikają z jakichś szalonych sytuacji w życiu i zaczynają się najczęściej od słów “potrzymaj mi piwo”. U mnie zaczynają się najczęściej od słów “to może ja się przejdę”. I tak było i dzisiaj. 
W ogóle to kto by się spodziewał, że przy prostej jak konstrukcja cepa obsłudze Google Maps coś może pójść nie tak. No ja w każdym razie na pewno się nie spodziewałam. Nie, żebym nigdy wcześniej nie miała z tą aplikacją problemów. Na przykład pewnego pięknego, okropnie gorącego dnia w Porto, Google Maps pokazało mi najkrótszą drogę, totalnie w linii prostej, i ja tą drogą poszłam, ale się okazało, że tam była taka gigantyczna góra. Całe Porto to jest gigantyczna góra, więc niby nic dziwnego, ale to była najgigantyczniejsza ze wszystkich gigantycznych gór w Porto. A wiecie, co było na jej szczycie? Schody. W dół. Tego pięknego, słonecznego, i tak kurewsko gorącego dnia, wspięłam się pod największą z gór czując cieknący mi po dupie pot, tylko po to, żeby z tej góry móc zejść. I w sumie tylko raz byłam na tej górze, bo trauma, i nigdy już nie chciałam tam wracać, ale kiedyś to muszę wrócić, bo teraz wydaje mi się to aż nierealne, że takie miejsca, takie góry pod które wchodzi się tylko po to, żeby z nich zejść, mogą istnieć. Może to mi się tylko przyśniło?? Ale z drugiej strony, to jednak bardzo możliwe, że ta góra była tam naprawdę. Tak samo jak bardzo naprawdę istniała góra pomiędzy moim domem a moim wydziałem w São Paulo. Dziesięć minut piechotą, mówili. Szkoda, że nie dodali, że dziesięć minut w sumie jest do szczytu. A na szczycie jest brama. A za bramą jest uniwersytet i droga w dół. Więc nie jest nawet tak, że do szkoły pod górę, ze szkoły z górki, tylko przez jakiś kawałek drogi musisz za każdym jebanym razem podjąć się tej wspinaczki. 
Ale dobra, bo zrobiło się jakoś zbyt światowo, a to o Pradze Południe miało być. Jest zimno, a ja nie mam takich rękawiczek o wysokiej technologii, które pozwalają na obsługę smartfona. Postanowiłam więc wykorzystać technikę, której nauczyłam się w Brazylii (choć tam zagrożeniem był nie ostry mróz, a potencjalnie ostry nóż w ręku potencjalnego napadacza): przed wyjściem z domu patrzysz na mapę, zapamiętujesz wszystkie skrzyżowania po drodze, chowasz telefon i wyjmujesz go tylko i wyłącznie wtedy, kiedy za nic nie możesz sobie przypomnieć gdzie iść dalej. 
To była prosta droga. Po wyjściu z domu prosto, później kładką na drugą stronę, i Ostrobramską to w sumie dalej prosto. Idę, idę, idę, i nagle patrzę i nie wierzę. Ta linia horyzontu, ten “skyline” bardziej niesamowity niż nowojorski, londyński i szanghajski razem wzięte. To najniezwyklejsza rzecz jaką w życiu widziałam. To jakby wszystkie memy o polskiej myśli architektonicznej lat dziewięćdziesiątych ziściły mi się przed oczami. 
Nie wiem na co patrzeć. Pierwszy w szeregu stoi budynek-statek, biedny kuzyn Titanica (ale taki kuzyn w relacji siódma woda po kisielu), który zawsze chciał odwiedzić wujka w Ameryce, choć nigdy nie został zaproszony, ale nie powstrzymało go to przed dumnym noszeniem czapki z logiem “Chicago Hornets”. Obchodzę go dookoła i jak durna pstrykam zdjęcie za zdjęciem, z każdej możliwej strony, bo myślałam, że to niemożliwe, ale co nowa strona, to robi się gorzej. Chciałabym poznać człowieka, który to zaprojektował. Któremu w pewnym momencie przez myśl przemknęła taka myśl, że to będzie super zrobić taki budynek, który z jednej strony wygięty jest w tą, a z drugiej w drugą stronę, taki trochę jakby statek, co nie, więc damy okna okrągłe, no ale bez przesady, tylko kilka tych okrągłych okien, i jeszcze jak ta wisienka na torcie, pierdolniemy tu kilka różnych poziomów, a co.
Nie miałam czasu dalej rozkminić abstrakcyjności tego projektu, bo zaraz za nim stał budynek, który w relacji do tego pierwszego był iście minimalistyczny. Taki wysoki na kilkanaście pięter walec, zapewne silnie inspirowany domem Muminków, tylko ten nie był słodki i niebieski i w środku lasu, tylko typowy żelbetonowy kloc koloru płowiejącej zieleni. Czy ściany są od środka jakoś równane, czy ludzie mają takie zaokrąglone pokoje? Czy takie zaokrąglone ściany sprzyjają turlaniu się po niech? A co ważniejsze, jeśli tak – to czy mieszkańcy korzystają z tej możliwości turlania się po ścianach?
I jeśli myślicie, że to już koniec budowlanych absurdów, to już spieszę donieść, że bynajmniej! Bo tuż zaraz znajduje się zielony – kontynuując ten trend kolorystyczny – kibel. Określenia kibel niestety nie wymyśliłam sama, muszę więc oddać tu honor mojemu koledze, który mi to określenie podsunął. Na początku pomyślałam, że jak to kibel, taki z muszlą ku dołowi? Ale później sobie przypomniałam, że czytałam ostatnio artykuł (nie pytajcie co ja czytam) o projekcie takiego pochyłego sedesu, który ma być niewygodny i zniechęcać do siedzenia na nim, a co za tym idzie – redukować czas, który pracownicy spędzają na przerwie siedząc na kiblu. I to był w ogóle jakiś hot news, że jakiś człowiek to niedawno opatentował w brytyjskim urzędzie patentowym, a patrzcie, w Polsce to już dawno temu takie projekty powstały, i to od razu w imię zasady “mają rozmach, skurwysyny” jako blok mieszkalny. Nikt się, moi drodzy, w kraju nad Wisłą nie rozdrabnia nad jakimiś tam pojedynczymi muszlami klozetowymi, jak kraść, to miliony, jak stawiać kible, to wielopiętrowe!
I ja tam stałam, na tym skrzyżowaniu, myśląc to, co zapewne musiała myśleć Alicja po tym, jak wpadła do króliczej nory, a mianowicie: co do chuja??!
I postanowiłam spisać na jakim jestem skrzyżowaniu, żeby móc podać to info dalej, że takie cuda niewidy na skrzyżowaniu Ostrobramskiej z…
No i wtedy właśnie się okazało, że wcale nie jestem na Ostrobramskiej, a tym samym, że moja technika pamięciowej obsługi Google Maps zawiodła. 
A później to jeszcze dwa razy się zgubiłam.
Zawsze mówię, że ktokolwiek nazwał Nowy Jork betonową dżunglą, to najwyraźniej nigdy nie był w São Paulo, bo tam to betonu nie brakuje, a i pierwiastka dzikości też nie, co potwierdzi każdy, kto miał okazję być tam uczestnikiem ruchu drogowego w godzinach szczytu. Ale teraz myślę, że Gocław to też jest niezła miejsca dżungla, to jest jakaś taka dżungla na kwasie, albo nie wiem, labirynt Minotaura, bo tam wszystko wygląda tak samo, wszystkie te bloki, wszystkie ulice, ronda, skrzyżowania, idziesz przed siebie, skręcasz niby w dobrą ulicę, ale ona się jednak okazuje złą ulicą, bo co prawda wyglądała tak samo jak ta dobra, ale jednak była zła.
Droga, która miała mi zająć dwadzieścia kilka minut zajęła mi prawie godzinę. I zmarzłam przy tym okropnie. Czy żałuję? Absolutnie. Jakbym się nie zgubiła, to nigdy nie dowiedziałabym się, gdzie mieszkaliby Muminkowie, gdyby Mama Muminka była Madką Muminka. A teraz już wiem. Na skrzyżowaniu Poligonowej z Motorową.

Komentarze

Popularne posty