att läsa är att resa


To był chyba 2015 rok. Chyba, nie jestem pewna. Byłam na pierwszym roku studiów i chociaż całkiem zaczynał mnie wciągać ten dziwny, portugalistyczny świat, to jednak moimi ulubionymi zajęciami był lektorat ze szwedzkiego. W ogóle to nie poszłam na filologię szwedzką tylko dlatego, że takiej nie było na UW. Była na SWPS, ale płatna szkoła nie wchodziła w grę, a że od roku już mieszkałam wtedy w Warszawie i całkiem mi tu było dobrze, to nie miałam ochoty przeprowadzać się do Gdańska, Poznania czy gdzie tam jeszcze tego szwedzkiego uczyli. I tak wylądowałam na filologii portugalskiej, w poszukiwaniu jakiegoś innego dziwnego języka. 

Słuchałam wczoraj portugalskich piosenek i upewniłam się w przekonaniu, że uwielbiam portugalski akcent. Wiem, że jestem w mniejszości, że większość osób uczących się portugalskiego uważa akcent brazylijski za bardziej melodyjny i słodszy dla uszu. Był czas, że i ja tak uważałam. Może z uwielbienia do rzeczy dziwnych, może na przekór, a może tak po prostu, dzisiaj widzę (a raczej – słyszę) niezwykły urok w tym portugalskim szumieniu i zjadaniu samogłosek. Uwielbiam to tylnojęzykowe “l”, zastąpione barbarzyńsko w wersji brazylijskiej przez dźwięk “ł”, to miękkie “lh”, które z uporem maniaka ćwiczyłam przez cały rok Erasmusa w Porto tylko po to, by później zupełnie stracić tę umiejętność w obliczu brazylijskiej uproszczonej wymowy jako “li”, mówię Wam, portugalski w wersji z Portugalii to jest poezja!

Ale nie aż taka poezja, jak szwedzki. Szwedzki to jest, moi drodzy, najpiękniejszy język świata. W moje opinii, oczywiście. Macie zupełne prawo się ze mną nie zgadzać. Jak pokazuje powyższy akapit, w którym rozpływam się nad różnymi aspektami europejskiego akcentu w portugalskim, fonetyka jest dla mnie bardzo ważna w języku obcym. I ta szwedzka fonetyka, ja Wam mówię, ona jest taka mmm pyszniutka jak kanelbulle (to te bułki z cynamonem) polane grubą warstwą lukru! Te okrągłe a, te przeciągnięte e, ta dziwna melodyjność! Cu-do!

Dlatego też te trzy godziny tygodniowo spędzone na lektoracie ze szwedzkiego były totalnie highlightem mojego życia w tamtym momencie. Problem z uwielbieniem dla szwedzkiego i Szwecji, jest jednak taki, że w sumie, to można tylko podziwiać je z daleka. To znaczy, z bliska też nikt nikomu nie broni, ale no błagam, kogo na to stać? 

I wtedy, pewnego wtorku lub czwartku (bo wtedy miałam ten lektorat, dalej to pamiętam!), moja nauczycielka od szwedzkiego wspomniała nam, jak to kiedyś wybrała się do Szwecji na “jednodniówkę” – wyleciała rano i wróciła wieczorem, za bilety zapłaciła w sumie jakąś stówkę w dwie strony i cały dzień spędziła w Sztokholmie czy tam Malmö. I wtedy zapaliła się w mojej głowie lampka z pomysłem, że ja też koniecznie musze tak zrobić! Mam dobrą koleżankę, która mieszka w Göteborgu, postanowiłam więc “skoczyć” na jeden dzień do Szwecji pod pretekstem odwiedzenia jej, ale przy okazji też najeść się wyżej już wspomnianych kanelbulle, zaopatrzyć się w czekoladę Marabou, która to jest bezapelacyjnie najlepszą czekoladą świata i nasłuchać się szwedzkiego w środowisku naturalnym.

Jak wylądowałam w tym Göteborgu, to czułam się jak dziecko w sklepie z zabawkami. Wszystko było takie piękne! Wszędzie były napisy po szwedzku, ludzie byli tak ładnie ubrani, wszystko takie jasne i przestrzenne!

Johanna, moja koleżanka, zabrała mnie wtedy do Hagi, czyli takiej hipsterskiej dzielnicy, w której wszystko jest drewniane i gdzie jest droga kawa, ale podana w ładnych kubkach. I wypiłyśmy taką drogą kawę z tych ładnych kubków, ja na szczęście nie wiem, jak bardzo była droga, bo Johanna stwierdziła, że jestem gościem w jej mieście, więc ona zapłaci. Podziękowałam i zgodziłam się bez sprzeciwu, chociaż prawdopodobnie w każdej innej sytuacji kłóciłabym się, że nie nie nie, to właśnie ja zapłacę. No, chyba, że byłabym w Norwegii, tam jest jeszcze drożej. 

Szłyśmy tą Hagą i przy jednym z domów był ogródek, a w tym ogródku, nie żartuję, siedział biały królik. Ja i tak się w tej Szwecji czułam, jak w Krainie Czarów, a tu jeszcze biały królik! Johanna przetłumaczyła mi wiszącą na drzewie kartkę, która wyjaśniała przechodniom, że królik należy do ludzi mieszkających w tym domu i lubi sobie poskakać po trawie w ogródku. 

Przechodziłyśmy też obok kawiarni z gigantycznymi kanelbulle, do której wtedy nie zaszłyśmy, ale odbiłam to sobie będąc w Göteborgu trochę ponad rok później (chociaż zamówiłam tylko ćwiartkę tego gigantycznego kanelbulle, bo one są naprawdę gigantyczne). A na koniec trafiłyśmy do księgarni. 

Ja kocham księgarnie. Jeśli wydaję na coś zdecydowanie więcej pieniędzy, niż powinnam, to właśnie na książki. Do tego stopnia, że w tym roku robię sobie detoks i nie kupuję żadnych nowych książek, bo chcę przeczytać jak najwięcej tych, które już mam (i zaoszczędzić trochę hajsu). Wtedy jednak nie miałam bana na książki i chociaż one są tam, jak wszystko zresztą w Szwecji, bardzo drogie, to wiedziałam, że muszę jakąś kupić!

Spędziłyśmy w tej księgarni chyba z pół godziny, a ja przez cały ten czas miotałam się między regałem z książkami Astrid Lindgren a tym z Muminkami. Z jednej strony książki Astrid Lindgren to taka prawdziwie szwedzka literatura, a Muminki, chociaż oryginalnie po szwedzku, to jednak zostały napisane przez Finkę. No ale Muminki to Muminki! 

Wzięłam Muminki. Zapłaciłam za nie i zapłakałam nad tym, ile wydałam pieniędzy. Ale mój ból ukoił trochę widok reklamówki, w jakiej dostałam tę książkę, a dokładniej – hasła reklamowego tej księgarni. I spodobało mi się ono tak bardzo, że aż postanowiłam po powrocie do Polski tę reklamówkę sfotografować.

Att läsa är att resa. Czytać to podróżować. Dwie rzeczy, które bardzo lubię, w jednym, ładnym zdaniu, i to jeszcze po szwedzku. Długo trzymałam, nie wiadomo po co, tę reklamówkę gdzieś w szufladzie, bo tak bardzo mi się to zdanie podobało. W końcu ją wyrzuciłam i zapomniałam, że w ogóle byłam kiedyś w tej księgarni.

Od tamtego czasu byłam w Szwecji jeszcze dwa razy i dalej jest to moja kraina szczęśliwości. Na drugim roku przestałam chodzić na lektorat ze szwedzkiego, bo nie zgrywał mi się z planem. Próbowałam chodzić na jakiś kurs, ale jak coś jest nieobowiązkowe, to jakoś tracę do tego zapał. Od kilku ładnych lat obiecuję sobie, że tak na poważnie wrócę do nauki szwedzkiego. Wczoraj znalazłam listę postanowień na 2019 rok, bardzo długą listę, z której wypełniłam tylko jakąś 1/3. Na tej liście widniało też “dojść do B1” ze szwedzkiego. Nie muszę chyba mówić, że ten plan, jak i większość z tamtej listy, nie doczekał się póki co zrealizowania. Może w tym roku? Chciałabym się nauczyć lepiej tego szwedzkiego, najlepiej to po to, żeby móc go używać w praktyce, w Szwecji. Ale jak patrzę na stan swojego konta, to coś nie widzę w najbliższej przyszłości tego wyjazdu do Szwecji.


Może powinnam ściągnąć z półki te Muminki po szwedzku? Pewnie rozumiałabym co drugie słowo. Czytanie to świetna nauka języka. Czytanie to podróżowanie. Att läsa är att resa. 

Komentarze

Popularne posty