jaki Sylwester


Słyszałam już różne wersje: jaki Nowy Rok, taki cały rok, jaki Sylwester, taki cały rok, jaka Wigilia, taki cały rok… Najbezpieczniej to chyba byłoby przez cały ten świąteczno-noworoczny czas być szczęśliwym, produktywnym i chodzić na siłownię, ale spójrzmy prawdzie w oczy – ain’t gonna happen. W sumie każde z tych powiedzeń jest na swój sposób bez sensu, bo gdyby nowo rok miał być cały taki, jak Nowy Rok, to 70% społeczeństwa chodziłaby przez 365 dni w roku na kacu. Gdyby miał być taki, jak Sylwester, to z kolei większość chodziłaby pijana i z rozmazanym makijażem. W ogóle najgorzej to chyba, gdyby faktycznie cały nadchodzący rok miał być taki, jak Wigilia, bo wszyscy żyliby na spinie, ze sztucznym uśmiechem, musząc non stop odpowiadać na pytania w stylu “a kawalera to nie ma?” tudzież “no kochani, a kiedy dzidziuś?”. Tak źle, i tak niedobrze.

Mignęła mi wczoraj przed oczami dyskusja na facebookowe grupie Chujowych Pań Domu (której to grupy jestem jednocześnie wierną fanką i dumną członkinią) dotycząca zwyczajów noworocznych. Dyskusja miejscami schodziła z “jaki Nowy Rok, taki cały rok” na spieranie się o to, czy pilnowanie, żeby pierwszą osobą, która wchodzi do domu po Nowy Roku był mężczyzna (co podobno ma przynieść domowi szczęście) to posługa diabłu. Nie opowiadałam się za żadną ze stron, bo ja to w sumie ani nie przesądna, ani nie wierząca. A już na pewno nie sprzątająca, więc bardzo mi się spodobał taki zwyczaj, że w Nowy Rok nie można sprzątać ani wyrzucać śmieci (bo można wymieść i wynieść z domu nowe szczęście). Ale i tak chyba największym hitem był dla mnie motyw z nowymi majtkami. Kilka osób powtarzało, że trzeba w momencie przechodzenia starego roku w nowy mieć na sobie nowe majtki, i brzmiało to totalnie z dupy, dopóki ktoś nie wytłumaczył, że to chodzi o to, żeby w nowy rok ze starym gównem nie wchodzić, i powiem Wam, że ja to szanuję.

Z końcem roku przychodzi nam też dzisiaj koniec “lat dziesiątych”, jakkolwiek głupio to brzmi. Mój internet zalała więc fala podsumowań dekady. I wyzwoliło to we mnie moje alter ego – Przypierdalającą się Paulinę, która jest zawsze czujna, by uaktywnić się w obliczu ludzkiej głupoty. O co przypierdoliła się dziś? Ano właśnie o te podsumowania. Już pomijam to, że nikogo nie obchodzi Twoja fryzura sprzed dziesięciu lat, ale ludzie święci, nóż się w kieszeni otwiera, jak widzę te skomplikowane obliczenia, z którym jakimś cudem wynika niektórym, że dekada (czyli, pragnę przypomnieć: DZIESIĘĆ lat), która kończy się dziś, trwa od 2009. Już nawet nie wspominam o tym, że technicznie rzecz biorąc, to dekada (tak jak i z resztą wiek) kończy się w roku “0”, a nie “9”, ale dobra, załóżmy, że każdy sobie obawia taką dekadę, jaka mu pasuje. I o ile będziemy się trzymać prawd prostej matematyki, i o ile będziemy umieli liczyć do dziesięciu, to i w roku “7” możemy kończyć i zaczynać te dekady, ale niech one, na Boga, mają 10, a nie 11 lat! Tak sobie myślę, że gdyby matura z matematyki nie była obowiązkowa, to w ogóle nastąpiłaby jakaś totalna umysłowa degrengolada, bo w tym momencie jest obowiązkowa, a i tak, jak widać, chuj z tego. Czy dane mi więc będzie, w obliczu powiedzenia, że jaki Sylwester, taki cały rok, spędzić ten nadchodzący rok ramię w ramię z Przypierdalającą się Pauliną? Zapewne tak. Cóż, przyzwyczaiłam się już do jej obecności.

Zeszłego Sylwestra spędziłam spacerując z Martą po mroźnych Helsinkach. Choć nie wywołało we mnie to miasto jakiegoś specjalnego zachwytu (nie udało mi się też ustalić jak nazywa się mama Muminka ani kim była, zanim została mamą Muminka – #żądamyPrawdy # herstory), to jednak chciałabym kiedyś tam wrócić. Najlepiej na jakiś koncert w Temppeliaukio, kościele wykutym w skale. Ta akustyka musi być niesamowita! Nowy Rok powitałyśmy wtedy na promie, pijane jak szpadel, a pierwszego stycznia łaziłyśmy po Tallinie – na kacu i w deszczu. Spędziłam zeszłego Sylwestra w podróży. Czy ten rok stał pod znakiem podróży? I tak, i nie – pięć miesięcy spędziłam w moim ulubionym miejscu na Ziemi, w Porto, ale nie zakwalifikowałabym tego jako podróż. W maju wybrałyśmy się z Renią na Azory, co było super, chcę koniecznie jeszcze kiedyś pojechać. W ogóle chyba w tym roku zrozumiałam, że już mi przeszła gorączka odwiedzania coraz to nowych miejsc, coraz to nowych krajów, że wolę wracać w miejsca, w których już byłam, mieć szansę poznać je lepiej. Idąc tym tropem, w listopadzie wybrałam się do Amsterdamu. Głównym powodem wycieczki były odwiedziny u mieszkającej tam koleżanki, ale możliwość spacerowania w tę i z powrotem po mieście, które niegdyś bardzo mi się spodobało, ale spędziłam nim wcześniej tylko kilka godzin, była zdecydowanym plusem tej sytuacji. Wreszcie pod koniec tego roku, zupełnie spontanicznie kupiłam bilety do Stanów. Co prawda planowałyśmy z Martą GDZIEŚ pojechać w nowym roku, ale w sumie, to zastanawiałyśmy się między Włochami a Budapesztem, więc nie wiem za bardzo, jak to się stało, że za miesiąc lecimy do Kalifornii. Cieszę się jednak na ten wyjazd przeogromnie, mam zamiar przywieźć mnóstwo zdjęć i jeszcze więcej historii do opowiedzenia. Ostatnio usłyszałam, że powinnam być profesjonalnym storytellerem, cokolwiek to w sumie znaczy, ale może uskutecznię to po powrocie zza oceanu, bo ta wycieczka wypłucze mnie zupełnie z wszelkich oszczędności, więc już zapowiadam, że w drugiej połowie lutego bardzo chętnie Wam opowiem co tylko chcecie, za obiad.

W tym roku spełniam jedno ze swoich największych marzeń: nic nie robić na Sylwestra. Nigdy nie lubiłam tego święta, bo to dla mnie jest takie zupełnie sztuczne i wymuszone święto, bo w sumie, to 31 grudnia niczym się nie różni, od 1 stycznia, a to jest święto stworzone po to, żeby straszyć niczemu niewinne psy i inne zwierzaki, a na ludzi nakładać presję dobrej zabawy, albo chociaż jakiejkolwiek zabawy, no bo przecież jest Sylwester, jak to nie masz planów. Kiedy więc w pracy padło pytanie “kto może pracować w Sylwestra?”, od razu zgłosiłam się na ochotnika. Może nie jest to taki pełen bunt przeciwko systemowi, bo nie mówię “nic nie robię na Sylwestra, bo tak”, bo ciągle mogę zasłonić się wymówką – “nic nie robię na Sylwestra, bo muszę siedzieć przy komputerze, służba nie drużba”, ale i tak jestem całkiem zadowolona. 

Czy to oznacza, wracając do tych wszystkich powiedzonek, że spędzę przyszły rok w domu, przed komputerem i w pracy? No poniekąd tak, bo taką mam pracę, że dużo siedzę w domu przed komputerem, czasami w biurze przed komputerem. Pracy póki co zmieniać nie zamierzam. 
Czy to oznacza, że spędzę cały przyszły rok w dresach i rozczochrana? Nie wiem, w sumie pojęcie rozczochrania przy moich lokach jest pojęciem względnym. Aczkolwiek dzisiaj wcale nie siedzę w dresie. Nic mnie nie obchodzi, jeśli uznacie mnie w związku z tym za wariatkę, ale siedzę w cekinowej sukience i pełnym makijażu. Tak, sama. Tak, przed komputerem. 
Czy to oznacza, że spędzę cały przyszły rok sama? Tego nie jestem w stanie przewidzieć, choć szczerze w to watpię. Mam na tyle dużo znajomych, że choćbym chciała, to nie dam rady się z nikim nie widzieć. A wcale bym tego nie chciała. Dzisiaj siedzę sama w domu, bo tak wybrałam, bo służba nie drużba, bo tak. Ale jutro za to założę inną ładną sukienkę, znowu zrobię pełen makijaż i idę z koleżanką na imprezę. Później będę pewnie przez kolejne dwa miesiące siedzieć w domu, bo mój introwertyczny limit imprezowy zostanie wykorzystany conajmniej na najbliższe osiem tygodni, ale to nic. Chyba o to chodzi, z tym Sylwestrem w domu, że go spędzam na swoich zasadach, i tak właśnie też chciałabym spędzić nadchodzący rok.


I tego Wam życzę.

Komentarze

Popularne posty