"Szukając Alaski", czyli o książkach, na które jestem za stara.


Lubię czytać książki o amerykańskich nastolatkach. There, I said it. Powiedziałabym, że to takie moje guilty pleasure, ale w sumie to uważam, że jeśli się coś lubi, to nie powinno się czuć z tego powodu winnym. Owszem, te książki bywają dość tandetne, czasami łzawe, często z podkręconym kontrastem. Ale w sumie, jak sobie przypomnę jak to było, jak miałam kilkanaście lat, to w sumie wszystko w życiu, łącznie ze zdjęciami, które wtedy robiłam i które wydawały mi się dobre (nie były), miało podkręcony kontrast.

I było coś w tych amerykańskich nastolatkach, w tych szkołach z szafkami, przerwą na lunch i żółtymi ołówkami z czerwonymi gumkami, w tych imprezach z czerwonymi kubkami i w tych kawiarniach, w których wszyscy zawsze na siebie wpadali, było w nich coś co zawsze mnie przyciągało, fascynowało, był to świat, w którym chciałam się zanurzać. Wciągałam więc w czasach liceum “Plotkarę” sezon po sezonie. A później skończyłam liceum, ale dalej lubiłam czytać książki o nastolatkach, chociaż sama przestałam być jedną z nich. 

Nie wiem, może to taka tęsknota za nastoletnimi czasami, może za taką wersją nastoletnich czasów, jakiej sama nie przeżyłam. Może lubiłam takie książki trochę na tej zasadzie jak ludzie lubią fantastykę, jako ucieczkę do innego świata, zupełnie innego od tego, który mamy na co dzień. Świata  wyidealizowanego, bo nawet jeśli pełnego dramatów, to z drugiej strony też pełnego słodkich napojów, pięknych ludzi i tych nieszczęsnych szafek, których w moich szkołach nie było.

I kiedy dowiedziałam się, że na HBO wychodzi serial “Szukając Alaski” nakręcony na podstawie książki o tym samym tytule, którą od dawna chciałam przeczytać, to pomyślałam, że teraz nadarza mi się idealna okazja, żeby wreszcie to zrobić! Postanowiłam trzymać się klasycznej kolejności – najpierw książka, później ekranizacja. I wiecie co? Nie wiem, czy to starość, czy po prostu dorosłość, ale po raz pierwszy poczułam czytając, że zdecydowanie nie jestem już w czytelniczym targecie takich książek.

W ogóle nie potrafiłam utożsamić się z bohaterami, ich problemy wydawały mi się niepotrzebnie rozdmuchane, a emocje przekoloryzowane, zaś fabuła trochę mi się nie trzymała kupy. A już w ogóle do szału doprowadzało mnie beznadziejne tłumaczenie tej książki. Zawsze staram się bronić tłumaczy, ale też doceniać ich pracę, bo to serio jest tak, że jak książka jest świetnie przetłumaczona, to wszyscy mówią o “genialnym języku autora”, a jak język jest kiepski, to od razu wina tłumacza. Ale w tym przypadku to chyba nie mam nic na obronę tego tłumacza, bo ludzie, no szlag trafia, jak się czyta, że gość nie miał przy sobie swoich fanów i dlatego jest mu gorąco, albo powtórzone tysiąc razy, sztucznie brzmiące “nie oszukuję swojego chłopaka”, kiedy no przecież wiadomo, że chodzi o zdradę (czy tam jej brak, to już bez różnicy w tych językowych przepychankach).

Momentami ta książka po prostu mnie nudziła. Czytałam ją trochę na siłę, bo chciałam już wreszcie móc obejrzeć ten serial. 

A serial? A serial, o dziwo, lepszy niż książka. Bo wszystko to, co w książce było dobre, powtórzył jeden do jednego – dialogi, sytuacje, atmosferę. Dopowiedział to, czego w książce być może brakowało, dał długie, spokojne ujęcia wtedy, kiedy w książce nie było chwili na oddech i czytanie pomiędzy wierszami. W serialu pewne wątki wybrzmiały po prostu lepiej.

Oglądając serial zauważyłam, że musiałam całkiem często odlatywać myślami czytając książkę, bo dziury w fabule okazały się być raczej dziurami w mojej czytelniczej pamięci. Czyli z fabułą nie było tak źle. A może było, skoro nie zainteresowała mnie na tyle, żebym chciała się na niej skupić? Serial zrobił trochę lepszą robotę w przyciąganiu mojej uwagi.

Co nie zmienia faktu, że serial też podobał mi się średnio. 

Czy to jest zła książka i zły serial? Nie wiem. Chyba nie. Bo gdybym przeczytała/zobaczyła je 10-15 (o matko jaka ja jestem stara) lat temu, to zapewne podobałyby mi się dużo bardziej. Cóż, szkoda, że dopiero teraz zabrałam się za lekturę, bo książka wydana była w 2005. 

Ale przynajmniej mam teraz książkę, którą mogę polecić mojej czternastoletniej bratanicy, jej zapewne by się spodobało. A nie, czekaj, bo tam ktoś komuś w pewnym momencie robi loda (sorry za spoiler), to w obliczu nowej ustawy to jeszcze pójdę siedzieć. 

A to w takim razie nie polecam jednak nikomu, bo Ci, którym legalnie tę książkę mogę polecić to chyba są jednak na nią za starzy. 

Komentarze

Popularne posty