o prowincji i prowincji

Blog ten istnieje z dwóch powodów: 1) bo ja lubię pisać; 2) bo ktoś lubi to czytać. Popyt, podaż, te sprawy. Czy jestem zwierzęciem próżnym? Owszem. Czy paliwem napędowym są dla mnie wiadomości o treści “bardzo lubię czytać to, co piszesz”? No jasne, że tak. Bez tych wiadomości i tak bym pisała, tylko może niekoniecznie wrzucałabym to później do internetu. Śmiechowe (lub mniej śmiechowe, bo takie też zaczynam pisywać) historyjki lądowałyby jednak dalej w skrzynkach odbiorczych moich najbliższych przyjaciół. Nie wstydzę się tego, że piszę, nie wstydzę się też tego, że publikuję swoje teksty i dzielę się nimi ze światem (przy czym “świat” to w tym przypadku grono kilkudziesięciu bliższych lub dalszych znajomych). Założyłam tego bloga, kiedy mieszkałam za granicą, przez co miałam utrudniony kontakt ze znajomymi i nie chciało mi się trzy razy (czy trzydzieści trzy) pisać wiadomości o tej samej treści i opowiadać tę samą historię. A historie do opowiadania się zdarzały, gdyż, jak już chyba ustaliliśmy, motywem przewodnim mojego życia jest absurd, tylko jeszcze nie wiem, czy ja go po prostu wybitnie dostrzegam, czy go wybitnie przyciągam. Po tym co wydarzyło się dzisiaj, śmiem twierdzić, że jednak to drugie. Ale po kolei.

Niedziela wieczór. Dzwoni do mnie mama. Głównie po to, żeby zapytać, jak się czuję. Bo jestem chora, cały weekend przesiedziałam w domu w towarzystwie chusteczek, kropli do nosa i serialu “Friends” na Netfliksie. 
Dzięki mamo, czuję się nieźle, chyba nie ma nawet potrzeby, żebym szła jutro do lekarza. 
Aha, aha, to dobrze, no dobrze, jak dobrze… A Paulinko? Wiesz, bo tu dzwonił do taty wujek…

I wtedy zaczyna się historia właściwa. Otóż, zadzwonił do mojego ojca jakiś tam wujek, żeby przekazać mu, że “jego dziewczyny (czyt. jego córki – nie, nie mówimy o nastoletnich gówniarach, tylko dorosłych kobietach, które mają, podobno, swoje życie) znalazły na fejsbuku, że ja napisałam, że byłam na rodzinnej imprezie na prowincji”. Na co mój ojciec odpowiedział mu (jak go znam, to zapewne powiedział to żartem – wiecie, w końcu po kimś muszę mieć to poczucie humoru), że no miałam prawo tak napisać, że ja jestem Warszawianka. Na co wujek się oburzył, że jak to, Warszawianka, że ja jestem słoikiem. Jeśli już teraz zaczynacie czuć atmosferę absurdu, to Wam powiem, żebyście zapięli pasy, bo jest tego więcej.

Odpowiedziałam mamie, że nie przypominam sobie, żebym coś takiego napisała, a jeśli nawet, to ta “prowincja” była zapewne z przymrużeniem oka. Ale wiecie, to nie dawało mi spokoju. No bo serio, byłam ostatnio w domu na rodzinnej imprezie, więc ten fakt się zgadzał. I zaczęłam się zastanawiać co i gdzie ja napisałam.

Zaczęłam od poprzedniego wpisu na tym blogu. Tego o prostowaniu włosów. I, bang, voila, jest – rodzinna impreza. No tak, zgadzałoby się to ze stanem faktycznym, były urodziny mojego brata, wyprostowałam włosy. O prowincji nic jednak nie było. 

Zaczęłam przeglądać poprzednie wpisy. Wpisy na prywatnym fejsbuku. Na instagramie. I słuchajcie, znalazłam. Na instagramie, i to nawet nie na takim, gdzie wrzucam zdjęcia swojego ryja, tylko takim, gdzie piszę o książkach, które czytam. Napisałam 13 października, cytuję: “Po Nike dla @szczygiel_mariusz w Warszawie wymiotło ten tytuł. Czekamy na dodruki, ale póki co chyba nigdzie w stolicy nie ma ‹‹Nie ma››. Na szczęście na ratunek przyszła mi warmińska prowincja, bo na Warmii jest i ‹‹Nie ma››!”

Jest, słuchajcie, mamy go! Pojawiła się prowincja! Pojawiła się. Jako zabieg stylistyczny, w opozycji do stolicy. I tak… pieszczotliwie przeze mnie była użyta. Czytałam kiedyś gdzieś wywiad z Ryszardem Kają, plakacistą, autorem słynnego “Zadupia”, w którym to wywiadzie pan Ryszard tłumaczył, że on tak pieszczotliwie używa tego stwierdzenia “zadupie”. Że no, mamy tu takie zadupie, nie ma co się obrażać na ten stan rzeczy, ale ono jest nasze, takie kochane, z tym czerwonym serduszkiem. I ja w tym samym kontekście mówię o warmińskiej prowincji.

Ale jak już mówimy tak serio o tej prowincji, to Wam powiem, że ona ma dwa oblicza. Jedno takie miłe i sielskie, z kwiatami w ogrodzie i spokojem, bez warszawki wykupującej na potęgę nagrodzone książki, a drugie to takie, w którym się człowiek trzy razy przed wyjściem z domu zastanawia jakiego koloru beret założyć, żeby go sąsiedzi nie obgadali. I jeśli ktoś z Was nigdy w życiu się nad tym beretem nie zastanawiał, to ja Wam tak okropnie zazdroszczę tego, że Wasze myślenie nigdy nie zostało tą prowincją skażone. 

Bo moje zostało. I chociaż od wielu lat żyję tak, jak chcę, nie zastanawiając się, co powiedzą ludzie, to jednak wiecie, jaka była moja pierwsza reakcja po tym, jak odkryłam swoje “dowody zbrodni”? Chciałam usunąć bloga, usunąć instagram, usunąć z sieci wszystko, co kiedykolwiek napisałam. Bo wyobraziłam sobie lożę szyderców siedzącą przed laptopem i wyśmiewającą się ze mnie, że co ona sobie myśli, że kim ona jest, ot, znalazła się wielka pani z miasta, pisarka od siedmiu boleści. I miałam ochotę zawinąć się w kołdrę ze wstydu i to wszystko usunąć, żeby tylko daleka ciotka już nigdy nie mogła przeczytać nic, co napisałam. I zaczęłam wyrzucać sobie to, że jak ja tak mogłam, że nie pomyslałam o tym, że trzeba było to wszystko trzymać na prywatnym fejsbuku, udostępniać tylko najbliższym znajomym, w ogóle pokasować te instagramy, jezu, co ja sobie myślałam, kim ja jestem, żeby się o książkach wypowiadać…

Ale wtedy wiecie co? Przypomniałam sobie cztery słowa, które bardzo lubi powtarzać mój tata. Cztery słowa, które zaraz po “zawsze kurwa coś” stanowią jedną z największych mądrości życiowych. Te słowa to: “mam to w dupie”.

Ja nie wiem, jak to jest możliwe, bo to gówno przenika ostatecznie wszystkich narażonych na jego promieniowanie, ale mój ojciec się uchował i on jest słuchajcie zupełnie odporny na małomiasteczkową mentalność. Bo nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek się przejmował “co ludzie powiedzą”. A i mnie zawsze tego uczył. “Miej to w dupie, dziecko”. 

Oczywiście nie można mieć w dupie tak totalnie wszystkiego. Trzeba mieć do tego odpowiedni filtr. Przejmować się tym, co ważne. Dla nas ważne. I przejmować się opinią osób, które kochamy i szanujemy. A wszystko inne, to jednak mieć w dupie. 

Oddzwoniłam do mamy, żeby jej powiedzieć, że z tą prowincją, to było w ogóle inaczej, że to było o książce. I ona bardzo się zdenerwowała, i mówi, ja tu zaraz ojcu powiem, że niech on zadzwoni, niech mu powie, że czemu przekręcają… Widzicie, moja mama to jest jak taka lwica, która zawsze broni swojej rodziny. Problem jest tylko taki, że ona chce to robić grając w tę prowincjonalną grę (i tak, używam w tym momencie słowa “prowincjonalny” z pełną świadomością i odpowiedzialnością, i nie, nie chodzi mi tu o położenie geograficzne, a o stan umysłu), w której jesteś różnym ludziom winny wyjaśnienia za różne rzeczy, które robisz w życiu. Więc mówię, weź mamo, wrzuć na luz i nie karm tego trolla. Mogłam jej przytoczyć jeszcze inne powiedzenie, o nie dotykaniu fekaliów, bo zaczną wydawać nieprzyjemny odór. Pozwólcie jednak, że nie przytoczę tego przysłowia w oryginale, bo jeszcze zostanę przez kogoś oskarżona o… a z resztą, mam to w dupie. 

I wiecie, jaki jest morał tej historii? Że tak paradoksalnie, to cała ta sytuacja poprawiła mi humor. Bo zdałam sobie sprawę z tego, że moje życie jest wspaniałe. Mam rodzinę, która się o mnie martwi. Mnóstwo znajomych, z którymi mogę godzinami rozmawiać o różnych ciekawych rzeczach. Pracę, którą lubię. Hobby, które sprawia mi radość. I to wszystko wypełnia mi czas na tyle, że w ogóle w życiu nie wpadłabym na to, żeby przeprowadzać jakieś fejsbukowe inwigilacje. No bo, ludzie, jak zajebiście smutne trzeba mieć życie, żeby w niedzielne popołudnie szukać w internecie jakichś z dupy haków na jakąś daleką kuzynkę. 

I jeszcze na koniec zostawię Was z cytatem, którego autorem jest, według jednych źródeł, francuski pisarz Jules Romains, według innych Eleanor Roosevelt. Z rzeczami w internecie to jest tak, że ciężko zweryfikować ich prawdziwość, a ja teraz nie mam czasu na dociekanie, kto i kiedy to powiedział, ale uważam, że to bardzo są mądre słowa:


“Ludzie wybitni rozmawiają o problemach, ludzie przeciętni o wydarzeniach, ludzie mali o swoich bliźnich.”

Komentarze

Popularne posty