jak nie radzić sobie w życiu i spóźnić się, mając do pracy na 15:00


Zacznijmy od tego, że to wszystko przez książkę było.

Chociaż nie, zacznijmy może jednak od tego, że to jest historia, która żeby była śmieszna (albo chociaż zrozumiała), to potrzebna jest podstawowa znajomość topografii Warszawy. Albo chociaż podstawowa znajomość mnie, bo zauważyłam taką prawidłowość, że im lepiej ktoś mnie zna, tym bardziej go śmieszą historie z mojego życia, bo “to takie typowe dla Ciebie, Junko!”. Ostatnio na przykład moja przyjaciółka śmiała się słuchajcie do łez z takiej historii, która dla mnie była naprawdę dużo bardziej tragiczna, niż śmieszna. Mianowicie, tamtego dnia zrobiłam sobie gigantyczne oczko w rajstopach. No i już samo to bywa śmieszne, jak się wie, że zdarza mi się to, no cóż, często. Z rajstopami to jest też taki problem, że one zjeżdżają i ma później człowiek krok w kolanach i to jest cholernie niewygodne. I ja tak miałam i próbowałam je podciągnąć, i to był właśnie ten moment, w którym te rajstopy, że tak powiem, straciły ciągłość. Ale próbowałam ratować sytuację i obmyśliłam plan, który, jak się wydawało, nie mógł się nie powieść. Otóż, miałam zajść po pracy, a przed umówionym spotkaniem, do galerii handlowej, wejść do pierwszego z brzegu sklepu, gdzie mogę kupić rajstopy, kupić je, zmienić w kiblu, kontynuować życie godnie i bez dziury w rajstopie. Tyle tylko, że najpierw w tym sklepie (był to akurat Rossmann – nie wiem co ta informacja zmieni w Waszym życiu, ale tak gwoli ścisłości może napomknę o tym) nie mogłam znaleźć rajstop w kolorze czarnym w moim rozmiarze, a innych niż czarne nie uznaję. W innym niż mój rozmiarze w sumie też nie, bo wiecie, no trochę to by było bez sensu tak próbować wciągać rajstopy w rozmiarze 2 na dupę w rozmiarze 4. Jedyne, jakie udało mi się znaleźć, kosztowały więcej, niż miałam zamiar w tamtym momencie przeznaczyć na rajstopy awaryjne, ale już dobra, no mniejsza o to, dawaj te rajstopy, taki miałam plan, to niech go doprowadzę do końca! Kupiłam więc te bezsensownie drogie rajstopy i wiecie co? I w kiblu, jak próbowałam się przebrać, to okazało się, że ja nie wiem jaki to był rozmiar, ale chyba jednak nie mój, bo nie mogłam ich dociągnąć do samej góry, i kurwa żesz mać, skończyłam z rajstopami z obniżonym krokiem, czyli w sumie, to w punkcie wyjścia. I ja nie wiem, czy ta historia jest śmieszna, bo uwierzcie, nie było mi do śmiechu, ale przyrzekam, S. się popłakała. I to wcale nie dlatego, że tak jej było mnie szkoda.

No ale to była tylko taka historyjka wstępna, przejdźmy może do właściwej. Zaczęło się więc od książki. Książki, której nigdzie nie można było kupić – a przynajmniej, nie przez używane przeze mnie zwykle kanały sprzedaży literatury. Bardzo nie lubię, jak coś ma mi dostarczać kurier, bo to jest zawsze problem, że on zawsze przychodzi akurat wtedy, kiedy nas nie ma w domu, poza tym płacić połowę wartości książki za przesyłkę, to straszny ból, bo za piętnaście złotych to można kupić ptasie mleczko albo jedną czwartą butelki Jim Beama. Przeszukałam więc internet nie tylko w celu znalezienia tej książki, ale w celu znalezienia tej książki z opcją odbioru osobistego w Warszawie. I znalazłam. Szkoda tylko, że punkt odbioru znajdował się w okolicach Łazienek, czyli w trójkącie bermudzkim warszawskiej komunikacji miejskiej.

To znaczy, tam dojeżdżają jakieś autobusy. Tylko same takie chujowe. Czyli takie, którymi w sumie nigdzie się nie dojedzie bezpośrednio i zawsze się trzeba przesiadać. A ja nie lubię się przesiadać i robię to tylko z absolutnej konieczności. I wtedy, to już musiałam.

Ale ja to wszystko obmyśliłam i miałam plan idealny. Niestety, ani przypadek z rajstopami, ani wszystkie pozostałe przypadki z mojego dwudziestosześcioletniego życia nie nauczyły mnie jeszcze, że plany, a szczególnie moje, mają to do siebie, że nie lubią się wypełniać. I jak coś może, to na pewno pójdzie źle. A jak nic nie może pójść źle, to w sumie po prostu jeszcze nie wiem, że coś jednak może. 

Ale błagam, co może zawieść w idealnie prostym planie dotarcia z punktu A do punktu B? A no wychodzi na to, że zawieść mogę ja.

Wychodzę z domu, jakoś po 13:00. Plan jest prosty – idę na przystanek tramwaju, wsiadam w co podjedzie, jadę na drugą stronę Wisły, wysiadam na Muzeum Narodowym i na Foksalu przesiadam się w autobus, który zawieźć ma mnie wprost w paszczę tej komunikacyjnej czarnej dziury. I to się wszystko nawet udało. Wysiadłam na dobrym przystanku, odpaliłam sobie Google Maps, znalazłam wydawnictwo, dzień dobry, ja po odbiór zamówionej książki, dziękuję, do widzenia. I idę z tą książką, taka szczęśliwa, że ją mam, w sumie to nie wiem, która jest godzina, jakoś po 14:00, to w sumie kupa czasu jeszcze, żeby dotrzeć do pracy. 

Ale zaraz zaraz, jak ja mam się stąd właściwie wydostać? Odpalam sobie na telefonie błogosławieństwo tek dekady, jakim jest aplikacja Jak Dojadę, no i już wiem, że na przystanku, o tym tu blisko, tylko po drugiej stronie ulicy, muszę wsiąść w autobus 167 lub 168, jechać nim do Pól Mokotowskich, a tam przesiąść się w tramwaj. Idę, jesień taka piękna, już się pomału kończy ta piękna złota pogoda, ale jeszcze trochę jest liści, jak nie na drzewach, to chociaż na ziemi, tak idę i podziwiam, z tą książką w ręku. I nawet zdjęcie jej zrobiłam, bo tak mi się spodobało, jak się kolor jej okładki odbijał na tle tych suchych liści. Idę, bo przecież mam kupę czasu, na pewno się nie spóźnię, przecież jest wcześnie.

Ja nienawidzę się spóźniać. Nie przepadam też za ludźmi, którzy się notorycznie spóźniają. Dla mnie spóźnianie się (wyłączając przypadki losowe, bo wiadomo, czasami siła wyższa) to jest brak szacunku do czasu drugiego człowieka. I do absolutnego szału i białej gorączki doprowadza mnie ten aspekt kultur “południowych” i to, że w takiej np. Portugalii, o Brazylii to już nie mówiąc, WSZYSCY WSZĘDZIE SIĘ SPÓŹNIAJĄ. Godzina rozpoczęcia zajęć, pracy, spotkań, jest absolutnie symboliczna. I ja mieszkając tam dobrze wiedziałam, że nikt nie przyjdzie na punkt dziesiątą, ale ja i tak byłam już za pięć na miejscu. Naprawdę staram się przychodzić w różne miejsca na czas. A do pracy to już w ogóle, na czas to dla mnie dwadzieścia minut przed czasem, żeby jeszcze zdążyć zrobić sobie kawę, włączyć komputer, odsapnąć i pogapić się w okno przez kilka minut. Ale nie tym razem, niestety. 

Docieram na ten przystanek, podchodzę do rozkładu i sprawdzam, czy jest jeszcze jakiś autobus, którym mogę jechać. Z mojego wstępnego researchu wynika, że mogę jechać każdym oprócz 180. Otwieram więc tę książkę i zaczynam czytać. Jedna strona, druga, trzecia, czwarta, przyjeżdża autobus. 131, to się zgadza. Wsiadam, jedziemy. Staję sobie gdzieś w kącie, dalej czytam. Następny przystanek, taki a taki. Następny przystanek, jeszcze inny. Ten nie mój, ten też nie mój, czytam dalej, nawet nie podnoszę wzroku. Następny przystanek, Plac Unii Lubelskiej. O, to prawie mój. Następny pewnie będzie “Metro Pole Mokotowskie”. Autobus rusza, jedziemy. I nagle słyszę – następny przystanek, Metro Pol…itechnika. Fuck, no to nie tu, gdzie miałam być. 

I to był ten decydujący moment, kiedy bohater może jeszcze zmienić swój los. Ale oczywiście tego nie robi. Gdyby to był horror, to w tym momencie widzowie krzyczeliby “nie wchodź tam!”. Albo raczej, w tym wypadku, “rozejrzyj się!”. Mogłam wtedy podnieść głowę, wyjrzeć przez okno i zobaczyć gdzie jestem, zorientować się, że muszę wysiadać, przesiąść się w metro i jakoś, bezsensowną trasą i z dużą ilością przesiadek, ale jednak na czas, dojechać do pracy. Ale zamiast tego przewróciłam tylko stronę i pomyślałam “ech, następny przystanek to będzie GUS, dobra, tam się przesiądę w tramwaj”. Ale figa z makiem, bo ten autobus to ZUPEŁNIE nie jechał tak, jak myślałam, że jechał, i kolejny przystanek to był Plac Konstytucji. Czyli, krótko mówiąc, zamiast się do niego zbliżać, to ja coraz bardziej oddalałam się od Mordoru. 

W tym momencie już dopadła mnie lekka panika, matko, nie dotrę. I straszna szkoda, że w tej panice nie wytrwałam, bo ta panika kazała mi zamawiać Ubera i, z dodatkowymi kosztami, ale jednak NA CZAS dojechać do pracy. Ale we mnie się słuchajcie akurat wtedy, akurat, kurwa, wtedy, obudziło zwierzę. I tym zwierzęciem był leniwiec. I pomyślałam, że doooooobraaaaaa staaaaaaraaaaaaa, tu się przesiądziesz w tramwaj osiemnastkę, i jakoś tam dojedziesz. 

Tramwaj się spóźnił. 

W jednym miałam rację – jakoś tam dojechałam. Jakoś tam, czyli na przystanku Domaniewska wysiadałam o 14:57, z nowiutką książką i świeżutkim poczuciem porażki, bo to był ten moment, kiedy wiedziałam już na pewno, że na tę 15:00, to musiałabym się z tego przystanku teleportować, a jakbym mogła się teleportować, to bym się teleportowała już wcześniej, z tego pieprzonego trójkąta bermudzkiego. No ale się teleportować jednak nie mogłam.

Wpadłam więc do biura jakieś cztery po trzeciej, zdyszana i nieogarnięta. Bez słowa wyjaśnienia, no bo co ja miałam powiedzieć przełożonemu, sorry za spóźnienie, zajebałam się w akcji? To już lepiej to przemilczeć.

Ja nie wiem, jak inni ludzie radzą sobie z życiem. Bo ja sobie po prostu, jak widać, nie radzę.

Komentarze

Popularne posty