szczotką, suszarką i prostownicą


Gdyby mi ktoś płacił za każdym razem kiedy słyszę “ej, a mówił Ci ktoś, że wyglądasz trochę jak Magda Gessler?” i “ej, a ciekawe jak wyglądałabyś z prostymi włosami”, to już dawno byłoby mnie stać na spełnienie wszystkich moich podróżniczych marzeń. Niestety nikt mi nie płaci, a marzenia się nie spełniają, a przynajmniej moje, bo postanowiłam ostatnio spełnić marzenia swoich znajomych i pokazać im jak wyglądałabym (a nawet – jak wyglądam) po wyprostowaniu włosów. I był to dla wielu szok. A dla mnie? Dla mnie był to fascynujący eksperyment.

To nie tak, że to się zdarzyło po raz pierwszy w życiu. Miałam już wcześniej prostowane włosy, ale prawdopodobnie udałoby mi się policzyć okazje, przy których się to zdarzyło, na palcach obu rąk, no a na palcach trzech rąk to już na pewno, tylko wtedy to musiałby mi ktoś jedną rękę pożyczyć bo ja osobiście to tylu nie posiadam. 

Kilka razy (może ze trzy) to prostowanie było odpowiedzią na postawione wyzwanie. Na wyzwanie postawione przeze mnie, prostującemu. Mianowicie, w odpowiedzi na “wyprostuj kiedyś włosy, chciał(a)bym Cię zobaczyć z prostymi” odpowiadam zawsze “jak mi wyprostujesz, to nie ma problemu”. No i powiem Wam, że niewielu było takich, co to się zdecydowali tę rękawicę, a raczej prostownicę, podnieść.

Tym razem odwiedziłam znajomą fryzjerkę, żeby przyciąć grzywkę i końcówki. A że miałam tego dnia rodzinną imprezę, to postanowiłam zaszaleć i mówię: “A, raz się żyje! Prostuj!”. I oczywiście, jak to na millenialsa przystało, od razu pochwaliłam się tym faktem w internecie. Głównie dlatego, że na żywo miało zobaczyć mnie tylko kilkanaście osób, a na social mediach mogę pokazać “jak Junko wygląda z prostymi włosami” znacznie większej grupie krewnych i znajomych.

Reakcje były różne. Najwięcej było różnych stopni zszokowania. 
“To Ty??” 
“Kim jesteś i gdzie jest Junko?”
“Nie poznałabym Cię na mieście” 
W pewnym momencie myślałam, że konkurs na najlepszy komentarz wyrażający zdziwienie stanem mojej fryzury wygrała moja koleżanka Julia komentarzem, cytat dosłowny, “NÃO SEI LIDAR”, w wolnym tłumaczeniu z portugalskiego “NIE UMIEM SOBIE Z TYM PORADZIĆ”, ale później mój kolega Julian podbił stawkę pisząc, cytuję, “top 3 anime plot twists”.
Było też trochę lajków i “fajnie Ci w prostych” (dzięki, ale zostanę jednak przy lokach). Parę osób napisało z kolei, żebym szybko wracała do loków. Moja sześcioletnia bratanica, która nie ma jeszcze filtra społecznego i mówi co myśli, a nie to, co wypada, powiedziała mi wprost, że “czemu prostowałaś, w lokach lepiej”. Dzięki, Haniu. 
Chociaż w sumie też uważam, że w lokach lepiej. 

Ja sama siebie też zaskoczyłam tym, jak reagowałam na tę, bądź co bądź mocno niecodzienną, sytuację. Przede wszystkim łapanie swojego odbicia w lustrze skutkowało za każdym razem dziwnym skurczem twarzy. Wiecie, taka mina która wyraża takie mało inteligentne “eeee??”. Co tu się dzieje i kto to jest? Po ułamku sekundy ogarniałam, że to ja, tylko z przylizanymi włosami.

No właśnie, przylizane włosy! Jak ludzie żyją z takimi włosami opadającymi tak blisko głowy? Mam sporo włosów i nawet w wersji wyprostowanej widać, że trochę ich jest, ale ja mimo wszystko czułam się jak łysa. Nie spotkał mnie co prawda deszcz, ale gdyby tak się stało, to przecież ten deszcz padałby na mnie od razu! Normalnie lekka mżawka nie wywołuje u mnie absolutnie żadnej reakcji, bo ja jej po prostu nie czuję. Bo taki lekki deszczyk to nawet się nie zdąży przesączyć przez moje włosy do skóry głowy. Podejrzewam, że taka przylizana to od razu czułabym deszcz!


Chociaż w sumie, deszcz oznaczałby koniec ulizania, bo przecież po jakimkolwiek kontakcie z wodą moja włosy wracają do swojego naturalnego, kręconego stanu. Doświadczyłam więc co to znaczy bać się deszczu, “bo mi się włosy pokręcą”.



Okazało się też, że moja mama ma w domu prostownicę. Wiem, bo używałam jej trzy razy, żeby “doprostować” włosy, bo po, kolejno, jednej, czterech i dwudziestu godzinach od pierwszego wyprostowania, zdecydowanie tego wymagały. 

Szczególnie po tych dwudziestu, czyli następnego ranka. Przed położeniem się spać odkryłam co to znaczy, kiedy przetłuszczają się włosy. Ja nie wiem czy kręcone się mniej przetłuszczają, czy tego po prostu nie widać, ale nigdy, powtarzam, NIGDY wcześniej nie zdarzyło mi się myć włosów, bo były tłuste. Myję włosy, bo wiem, że muszę. Bo mogę je czesać tylko na mokro, a wiem, że ponad dwa dni bez czesania oznaczają mękę przy rozczesywaniu, kupę wyrwanych z głowy kłaków, obcinanie tych kołtunów, które nadają się już tylko do obcięcia (no ewentualnie można zrobić z nich dreda) i inne takie atrakcje. Tego wieczora jednak zauważyłam, że mam tłustą grzywkę. Ale tylko grzywkę. Umycie całej głowy oznaczałoby koniec zabawy z prostymi włosami, ale pomyślałam, że w sumie samą grzywkę to pewnie udałoby mi się rozprostować. Czując jak IQ spada mi na łeb na szyję, zaczęłam więc googlować “jak umyć tylko grzywkę”. Okazało się, że w sumie tak, jak się spodziewałam. Umyłam, poszłam spać. Rano oczywiście obudziłam się ze względnie prostymi włosami w ogóle i kręconą grzywką. Żałujcie, że nie zrobiłam zdjęcia i nie możecie teraz tego zobaczyć. Ja żałuję.

Oprócz tłustych włosów nowym doświadczeniem było też bad hair day. Wiecie, nie to, żeby moje loki zawsze się układały, bo nie. Miewam lepsze i gorsze dni, tyle tylko, że potrzeba wprawnego oka, żeby je zauważyć. Czyli najlepiej mojego, ale na przykład moja przyjaciółka po jakichś ośmiu latach znajomości stwierdziła, że ona już zaczęła zauważać te wahania nastroju moich włosów i już rozumie, o co mi chodzi, kiedy mówię, że dziś to mam smutne loki. Dla większości świata jednak nie istnieje w moim przypadku bad hair day ani good hair day, jedynie curly hair day, a to w sumie jest everyday. Ale już przy wyprostowanych włosach, w dniu drugim zdecydowanie czułam potrzebę naciągnięcia czapki na głowę, bo moje niegdyś (czyli jeszcze dzień wcześniej) idealnie proste włosy przechodziły pomału w fazę ptasiego gniazda. 

Dowiedziałam się też co to znaczy nie móc się położyć, bo ma się ułożone włosy. U fryzjera byłam przed 10 rano, a impreza była na 16 i baaaardzo chciałam się w międzyczasie zdrzemnąć, NO ALE KURWA NIE MOGŁAM, bo włosy by mi się pogniotły. To był zdecydowanie pierwszy taki przypadek w moim 26-letnim życiu.

A tak na koniec to jeszcze powiem, że to w ogóle zabawna sprawa z tym układaniem włosów. Jak się ma kręcone, to takie pojęcie jak “układanie” w ogóle nie istnieje, bo one z reguły robią tylko jedną rzecz: kręcą się. Robią to, owszem, jak już zdążyliśmy ustalić, na różne sposoby, niczym w piosence – trochę lepiej lub trochę gorzej – ale jednak robią to one same. Włosy kręcone żyją własnym, niezależnym od właściciela życiem, i bardzo są dzikie i nieposkromione w tej swojej niezależności. Czytałam dziś w Wysokich Obcasach felieton prof. Bralczyka o wyborach, w którym to felietonie pisał o poczuciu sprawczości, jakie przynosi nam oddanie swojego głosu. Akurat oddanie głosu to gówno mi przyniosło, nie żadne poczucie sprawczości. Ale już wyprostowanie włosów, to inna sprawa. Takie proste włosy, to właśnie można ułożyć. Uformować. Nadać im pożądany kształt. Popsikasz takie lakierem i one zostają w tej formie, w jakiej je ułożyłeś. To jest dla mnie magia. Na co dzień tego nie mam, bo kręconych włosów nie można ułożyć. One układają się. Same. To one zawsze pozostają podmiotem, ja jestem tylko obserwatorem. Myję je wieczorem i kładę się spać, a one przez noc się układają. I nigdy nie wiem, co zastanę rano w lustrze. Czasem jest to grzywa lwa, czasem smutne uszy cocker spaniela. Czasami jeszcze się łudzę, że jakieś tam pianki, lakiery, kremy do loków i inne specyfiki coś tu zmienią. Bardzo to jednak jest z mojej strony naiwne, wiem przecież, że to tak nie działa. Bo posiadanie włosów kręconych to jest, moi drodzy, bardzo skuteczna lekcja stoicyzmu. Możesz tylko zapoznać się z sytuacją. Możesz się wściekać, możesz się radować, ale w ostatecznym rozrachunku i tak musisz się po prostu pogodzić ze stanem zastanym. Ewentualnie z nadzieją patrzeć w przyszłość, bo jutro też jest dzień, a pojutrze znowu jest mycie włosów. 


Idę jeszcze trochę powkurzać ludzi w internecie tymi swoimi zdjęciami, na których nie wyglądam jak ja, a później wracam do normalności. Bo ta cała sprawczość to jest jest jednak trochę przereklamowana. Ja tam wolę, jak ktoś coś zrobi za mnie. I włosy też niech już się układają. Lepiej czy gorzej, ale bez mojego w tym udziału. 

PS. Gdyby kogoś interesowało, jak mi się udało te włosy wyprostować – odpowiedź w tytule.

Komentarze

Popularne posty