słoickość serca


Jest godzina 1:45, z Dworca Centralnego odjeżdża nocny autobus linii N24. A wraz z nim odjeżdżają wszystkie inne autobusy nocne. Dziwnie wzrusza mnie ten widok, ten exodus czerwono-żółtych pojazdów. Przez okno widzę ludzi, którzy zrezygnowani zwalniają kroku – biegli, ale nie dobiegli. Bo nocne zawsze odjeżdżają wszystkie razem – spóźnisz się na jeden, spóźnisz się na wszystkie.

Ja też nie raz zwalniałam tak kroku i widząc odjeżdżającą N-kę przygotowywałam się mentalnie na półgodzinne czekanie na kolejny rzut autobusów. Nie jestem raczej zwierzęciem nocnym, a już na pewno nie takim, które ma w zwyczaju nocami przebywać na mieście, ale przez te sześć lat mieszkania w Warszawie nazbierało mi się w życiorysie takich sytuacji.

Sześć lat. Nie ciągiem. Nie całe. Z przerwami na krótsze bądź dłuższe romanse z Portugalią i Brazylią. Szkoda mi się zrobiło w pewnym momencie tej Warszawy, bo ona zawsze była dla mnie takim wyjściem awaryjnym, miejscem, do którego wrócę, kiedy gdzie indziej mi nie wyjdzie. Ostatecznie jednak okazała się bezpieczną przystanią i miastem, do którego wróciłam z podkulonym ogonem, zmęczona szukaniem przygód za górami, lasami i oceanami. Pokarała mnie podwyżką cen wynajmu, ale przyjęła z powrotem.

Nie raz byłam nazwana słoikiem. Nigdy bezpośrednio, ale słyszałam nie raz uskarżanie się rodowitych Warszawiaków, na to, że słoiki przyjeżdżają, słoiki nie umieją jeździć, nie umieją parkować, nie umieją chodzić, nie umieją w życie. To zabawne, że często to ludzie tolerancyjni, o mocno lewicowych poglądach, krytykujący otwarcie zacieśniający się nacjonalizm i ksenofobię, przyjmują postawę tak konserwatywną wobec swojego miasta i gotowi są niemalże sprawdzać miejsce urodzenia na Twoim dowodzie celem oceny Twojej jakości i zdatności do rozmowy, przyjaźni, życia. Rozumiem złość na to, że ktoś pracuje, zarabia i żyje tu, choć podatki odprowadza gdzie indziej, bo przecież nie inwestuje w miasto, w którym żyje. A jednak zastanawiam się, czy gdyby Warszawiakom przyszło pomieszkać w Polsce B, C, czy też Polsce, na którą czasami brakuje alfabetu, to dalej oburzaliby się tak bardzo na te przemykające stolicy koło nosa podatki. 

Nie mam w zwyczaju pytać ludzi o to, skąd pochodzą. Czasami po chwili rozmowy, a czasami dopiero po kilku tygodniach znajomości wychodzi to, czy urodzili się w Olsztynie, Rzeszowie, Mińsku Mazowieckim, na Ochocie czy w Dniepropietrowsku. Nie pytam o miejsce urodzenia, podobnie jak nie pytam o wiek czy liczbę rodzeństwa. Zostawiłam te pytania za sobą na ostatnim w swoim życiu obozie letnim, na jaki pojechałam jeszcze w czasach gimnazjum. Dzisiaj pytam ludzi raczej jak się czują, co ich fascyjnuje, czemu poświęcają wolne popołudnia.

A słoikiem jestem. Dumnym. Są tacy, którzy zawsze będą próbowali mnie przekonać, że Warszawa to be, fe, niedobra. Że pośpiech, że smog, że Warszawiacy zarozumiali i nieprzyjaźni, że do pracy długo się jedzie, że ceny wysokie. To wszystko jest prawdą i nieprawdą jednocześnie, zależy od sytuacji. 

To jak z tymi nocnymi, kiedy odjeżdżają wszystkie razem. Kiedy siedzę w tym odjeżdżającym, to wzrusza mnie ten widok tych wielorybich, pokracznych pojazdów jadących jeden za drugim. Ale kiedy widzę jak odjeżdżają, a jestem jeszcze po drugiej stronie Emilii Plater, klnę w duchu i na głos, że kto to wymyślił, żeby one tak wszystkie w jednym momencie.


Kocham i nienawidzę. Zawsze to chyba jednak lepiej, niż nie czuć nic. 

Komentarze

Popularne posty