piękne i (nie)szczęśliwe – "Naciągnięte" Elżbiety Turlej


To nie jest książka, którą ściągnęłabym z księgarnianej półki. Z reportaży czytuję raczej tylko te podróżnicze. Ten pachniał mi trochę tanią sensacją. Co prawda oceniłam go wstępnie jedynie po okładce, ale spójrzmy prawdzie w oczy, to właśnie po okładkach oceniamy zdatność książki do przeczytania. Nikt nie ma tyle czasu, żeby czytać wszystkie książki świata i oceniać je po treści. Patrzymy na okładki, czytamy streszczenie i recenzje i dokonujemy wstępnej selekcji. I ta książka na pewno by w takiej selekcji odpadła, gdyby nie to, że jest to jedna z wrześniowych pozycji czytelniczego klubu Chujowej Pani Domu, w którym uczestniczę już drugi miesiąc z rzędu. 

Myślałam, że będzie o kulisach chirurgii plastycznej, o zwisających cyckach, które w założeniu miały sterczeć, o wydanych tysiącach i niespełnionych marzeniach, o powiekach opadniętych w wyniku przecięcia nie tego co trzeba nerwu. I faktycznie jest to jeden z omawianych wątków, ale autorka bardziej niż na samych tych nieudanych zabiegach skupia się raczej na powodach, które popchnęły (i dalej popychają) kobiety do kładzenia się pod skalpel czy tam strzykawkę. A ten aspekt interesuje mnie o wiele bardziej.

Cytat, który pojawia się w krótkim, zaledwie kilkustronicowym wstępie złapał mnie za gardło i nie chciał puścić. Ale nie pozwolił mi też odłożyć tej książki:

"– […] żeby zasłużyć na szacunek, Polka nie może być gruba i stara. Dlatego zrobię wszystko, żeby nigdy nie utyć i nigdy się nie zestarzeć. A teraz ja mam do pani pytanie. 
– Słucham? 
– Ma pani dzieci? 
– Tak, mam syna. Ma osiem lat. 
– Ma szczęście, że nie urodził się dziewczynką."

Od razu nasunęło mi się na myśl skojarzenie ze słynną książką Naomi Wolf “Mit urody”. “Naciągnięte” to trochę taka bardziej przystępna, bardziej polska i uwspółcześniona (“Mit urody” ukazał się w Stanach w 1990 roku) wersja książki Wolf, bo porusza podobne tematy – mit urody zastąpiony jest tu przez "świat konsumpcji", ale w gruncie rzeczy przekaz jest ten sam: ktoś nam powiedział, że jesteśmy cokolwiek warte tylko jesteśmy piękne, gładkie, opalone, pomalowane. Szczupłe. Młode. I powiedział nam to tak skutecznie, że uwierzyłyśmy w to, że wcale nikt nam tego nie mówił, że same na to wpadłyśmy. Incepcja dzieje się naprawdę.

A jednak jest to książka inna niż manifest Wolf. Czytałam reportaż Elżbiety Turlej tak, jakbym oglądała film dokumentalny. Autorka prowadzi narrację w sposób absolutnie genialny. Jej pierwszoosobowe wtrącenia pojawiają się w idealnych momentach i przypominamy sobie wtedy, że ktoś nam tę historię opowiada. Ale za chwilę wraca narracja trzecioosobowa i zanurzamy się w  kolejnych i kolejnych historiach, traumach i sukcesach. Wciągnął mnie też rytm tej książki. Lubię rzeczy w sposób logiczny ułożone. Bardzo trafiły więc w mój gust rozdziały o minimalistycznych tytułach, podzielone na trzy części, z których zawsze ta trzecia napisana była w pierwszej osobie, głosami anonimowych (lub i nie) bohaterek reportażu. 

To książka o wszystkim tym, co jest nie tak z przemysłem dietetycznym. O tym, że młodym dziewczynkom często to wcale nie internet wpaja nierealne ideały piękna, a ich własne matki. O tym, jak bardzo wyświechtaliśmy i obdarliśmy z pierwotnego znaczenia przymiotnik “zdrowy”. O obozach odchudzających, szpitalach psychiatrycznych, uzależnieniach od leków nasennych i sterydów. O idealnych insta-dzieciach. O luksusie. O biedzie. O nieudanych operacjach plastycznych. O chorobach – tych, które się przytrafiły i tych, w które bohaterki wpędziły się same. To książka o kobietach, które na co dzień muszą mierzyć się z nierealnymi oczekiwaniami atakującymi je z każdej strony. Czyli właściwie o wszystkich kobietach.

To jest książka, która nie daje żadnych odpowiedzi, za to stawia wszystko pod znakiem zapytania. I takie właśnie rzeczy chcę czytać, oglądać, konsumować. Takie, które każą mi kwestionować wszystko to, co do tej pory uważałam za słuszne. W tym przypadku, co prawda, już przed przeczytaniem tej książki byłam świadoma większości opisanych w niej fenomenów, ale sama nie potrafiłam tak dobrze ująć w słowa swoich argumentów. Cieszę się, że trafiłam na tę książkę. Będę ją pożyczać na prawo i lewo.

To trochę paradoksalne, że książkę o tym, jak to ocenianie ludzi po tym, co powierzchowne, jest szkodliwe dla społeczeństwa, początkowo oceniłam “po okładce”. A jednak, z powodów inne niż ta przysłowiowa okładka, dałam jej szansę, i ostatecznie pozwoliłam jej się porwać. I o to chyba chodzi – jesteśmy zaprogramowani, może bardziej społecznie, niż genetycznie, ale jednak zaprogramowani, do tego, by oceniać. Tego nie przeskoczymy. Ważne jest jednak to, by nie pozwolić tej ocenie przejąć nad nami kontroli. I nie przestać kwestionować. Nigdy nie przestawać kwestionować.

Komentarze

Popularne posty