açaí, caffè latte i inne nazwy, którymi nie potrafimy się posługiwać


Raczej nie należę do językowej policji. A już na pewno nie w języku polskim, bo sama popełniam mnóstwo błędów gramatycznych i nie chcę być w tym temacie hipokrytką. Poza tym mam też spory margines tolerancji, bo uważam, że język tworzą głównie jego użytkownicy, szczególnie w warstwie leksykalnej, i że "nie ma takiego słowa", to często słaby argument, bo skoro ludzie go używają, to chyba jednak jest. I tak na przykład przez lata całe spierałam się z moją przyjaciółką Martą, że nic mnie nie obchodzi jej fachowa wiedza z zakresu lotnictwa, i że skoro ludzie używają słowa "helikopter", to ono istnieje. Jest jednak jedno słowo, słowo tak naprawdę mało istotne w skali świata, którego niepoprawna ortografia i wymowa doprowadza mnie do białej gorączki i szewskiej pasji jednocześnie. A słowem tym jest: AÇAÍ. 

Açaí to taka jagoda. Owoc takiego drzewa typu palma (wybaczcie, botanik ze mnie żaden) o wdzięcznej i dźwięcznej polskiej nazwie euterpa warzywna. Niestety, jakkolwiek sympatyczna, nazwa euterpa warzywna jest mało sexy i słabo wyglądałaby na opakowaniu jogurtu. Euterpę warzywną trudno jest też opchnąć jako super food, bo brzmi niezbyt egzotycznie. Jeszcze samą euterpę może dałoby się jakoś ograć, ale warzywna?! No bez przesady, warzywna to może być sałatka na święta, a nie danie gluten lactose free.

Producenci, marketingowcy i restauratorzy optują więc za wersją oryginalną tej nazwy. Tak jakby. Bo nigdzie chyba jeszcze nie widziałam słowa "açaí" zapisanego w oryginale. To znaczy, widziałam na pewno w Brazylii, skąd açaí pochodzi, ale nie w kraju nad Wisłą. U nas urywa mu się brutalnie ogonki i robi z niego "acai". A tak nie można, gdyż wiadomo powszechnie, iż między robieniem komuś łaski a robieniem komuś laski istnieje zasadnicza różnica. "Acai" co prawda po portugalsku nie znaczy nic, więc nie ma tutaj pełnego efektu łasko-laski, ale w związku z tym, że jest to słowo nieznaczące nic, to nie ma też zbyt wiele sensu pisanie go na etykietce tego pieprzonego jogurtu. Według tej logiki można równie dobrze napisać "japko", bo to prawie jabłko, tylko bez pierdolenia się z trudną pisownią. 

Ale wiecie co? Już mniejsza o tę pisownię. Dopiero kiedy ktoś to próbuje wymówić, to się zaczynają schody. I kończy moja cierpliwość. Kiedyś, w pewnej warszawskiej knajpie, zamówiłam coś, co nazywało się "ACAI BOWL". Z nazwą zgadzało się w sumie tylko bowl. Açaí nie było, ale były jakieś tam inne owoce. Nazwa ta miała więc mniej więcej tyle sensu, co nazwanie sandacza homarem, bo to z wody i to z wody, ale dobra, to nie o logice, tylko o wymowie miało być. Przychodzi pan kelner i mu mówię, że poproszę ASAJI BOUL. A on mnie, słuchajcie, poprawił! "Akaj boul, tak?" Nie, proszę pana. Asaji, kurwa, asaji. 

I to pieprzone "acai", to mnie w ogóle ostatnimi czasy prześladuje. Robię zakupy – smoothie z acai, stoję na przystanku – reklama czegośtam z acai, czytam książkę, a tam o popularności jagód acai. Karma to suka, jak wiemy, i ja nawet wiem za co to, i pragnę w tym miejscu serdecznie przeprosić moją przyjaciółkę Martę i obiecuję, że już nigdy w życiu nie użyję w języku polskim słowa "helikopter". 

My jako naród, to chyba w ogóle mamy słabość do takich kulinarnych, źle używanych zapożyczeń z języków obcych. Sztandarowym przykładem jest oczywiście wypijane na mieście "latte". I tak sobie myślę, że jak jakiś Włoch, znający język polski, słyszy, że ktoś zamawia "latte z mlekiem sojowym", to w tym Włochu coś umiera. 

Włosi to w ogóle mają w tym zakresie przesrane, bo włoska kuchnia jest popularna na całym świecie. A język włoski jednak jest popularny trochę mniej. I ci bogu ducha winni Włosi później muszą słuchać, jak ktoś zamawia "gnoczi". 

A propos włoskiego, to mam jeszcze taką, zupełnie niepasującą kontekstowo, ale zabawną, anegdotkę, jak kiedyś stałam w kolejce do kibla, na którym było napisane "ŁAZIENKA" w kilku językach, no i było miedzy innymi bathroom, bagno, baño, i gość stojący przede mną chyba chciał zagaić, i nawet spróbował, i mówi do mnie: "o, patrz, bagno, jak takie... no, bagno, hehe". I ja myślę, że to ten typ od bagna, to jest marketingowcem tych wszystkich jogurtów z acai.

I wiecie, ja to naprawdę rozumiem, że no, nie każdy jest poliglotą. I tych zasad wymowy w różnych językach jest dużo i jeszcze trzeba wiedzieć co z jakiego jest języka. Że "pain au chocolat" to nie "pejn oł czokled", tylko "pę o szokola", bo to z francuska, i jednak "mohito" a nie "modżajto", bo to z kolei z hiszpańskiego. Ja naprawdę rozumiem, że tego dużo i skomplikowane. Ale moi drodzy, no ja rozumiem, że ciasto francuskie rządzi się swoimi prawami, ale krułasą, to w gruncie rzeczy jednak jest po prostu rogal, a gnocchi to takie kluski. A açaí to takie jagody. 

I naprawdę, zostańmy już lepiej przy tych jagodach, bo za każdym razem, kiedy kaleczycie to słowo, gdzieś w Brazylii umiera kapibara. Serio.

Komentarze

Popularne posty