ZKC, czyli o życiu najprawdziwsza z prawd



Od zawsze kochałam cytaty, co Wam potwierdzą moje współlokatorki z czasów liceum, które zawsze się podśmiechiwały z moich “głębokich” myśli zapisywanych na karteluszkach i wieszanych nad łóżkiem, tudzież stołem (bo biurka się nie zmieściły w naszym mikroskopijnym mieszkaniu). Człowiek młody to głupi, to nie od dziś wiadomo, więc jak miałam szesnaście czy siedemnaście lat, to się zachwycałam jakimś pseudointelektualnym badziewiem. Myślę, że z biegiem czasu trochę mi się gust poprawił, aczkowiek cytaty dalej kocham. Przerzucanie się ze znajomymi cytatami z “Chłopaków nie płaczą” i “Poranka Kojota” to mój ulubiony sport (jedyny z resztą jaki uprawiam, poza okazjonalnym bieganiem do tramwaju), a książki, które czytam, zawsze są pełne zaznaczeń i komentarzy na marginesach. Przystopowałam jednak z wieszaniem wzniosłych słów na ścianach. Minął mi także pomysł zrobienia sobie tatuażu z jakimkolwiek napisem (no może poza tym, że wciąż mam w planach kiedyś wytatuować sobie na pośladku “NA DUPIE SE ZRÓB”), bo jednak takie publiczne obnoszenie się z jakimiś słowami to nie byle co, treści tych słów trzeba być pewnym, trzeba je czuć. A w domu tak wywiesić jakiś cytat, to też wystawić się na ocenę odwiedzających – a co to, a skąd to, a co to dla Ciebie oznacza. Myślałam, że nie znajdę żadnej takiej złotej myśli, co to bym ją sobie chciała wystawić w domowej galerii. Ale życie po raz kolejny mnie zaskoczyło. I jednak znalazłam.

Kilka tygodni temu ten plakat śmignął mi przed oczami na instagramie. I pomyślałam - o, fajny. Ale ja już miałam plan kupna innego. Bo w temacie plakatowym siedziałam od jakiegoś czasu i planowałam, jaki sobie kupię, jak już będę miała nowe mieszkanie. I mam nowe mieszkanie. To znaczy, ono jest nowe dla mnie. I “mam” to znaczy: mam na nie umowę najmu, bo nie żeby kupna-sprzedaży. Wiecie, ja z zawodu jestem filologiem (prawie, bo jeszcze bez tytułu). A filolog, to jest taki zawód, który pozwala na wiele rzeczy, na przykład na patrzenie na świat z innej perspektywy i na spotykanie na swojej drodze fascynujących ludzi, ale, i bądźmy tu brutalnie szczerzy, nie jest to zawód pozwalający na kupno mieszkania. Kiedykolwiek. Ja jednak swoje adoptowane mieszkanko kocham jak własne i stroję bombelka też jakby był mój. No, prawie, bo nie mogę robić dziur w ścianach, co mi trochę ogranicza potencjał, ale staram się jak mogę.

Miałam więc już plan na tę jedną wolną przestrzeń w moim salonie (który jest także moją sypialnią), na plakat który tam postawię (bo wieszać przecież nie mogę). Miałam kupić “Stolicę” autorstwa Ryszarda Kaji (Kai?) i epatować swoim słoik pride. I już nam nieśli suknię z welonem, ale ja uciekłam sprzed tego ołtarza, to znaczy z zakładki “sfinalizuj zakup”, i jednak poszłam za głosem serca i dokonałam zakupu innego plakatu. Tego jednego jedynego, który głosi najprawdziwszą z życiowych prawd, a mianowicie: ZAWSZE KURWA COŚ.

No ludzie, przecież to jest moje życie w jednym obrazku. Mógłby konkurować ewentualnie może z “JAK NIE UROK TO SRACZKA” (taki też kupowałabym jak szalona, jeśli ktoś taki zaprojektuje, to shut up and take my money). Ja to zawsze coś – albo skręcę nogę w pierwszym tygodniu szkoły i zostanę “tą dziewczyną za którą trzeba nosić placak” (tru story), albo się spóźnię na pierwsze zajęcia ever na studiach i jeszcze wejdę do złej sali (też tru story), albo pojadę na drugi koniec świata i dostanę tam zapalenia opon mózgowych (doskonale wiecie, ze to też tru story) albo na przykład tuż przed zemdleniem na środku poczekalni portugalskiego szpitala się na środku tej samej poczekalni zrzygam (to taka dość świeża, ale też jak najbardziej tru, story). Trochę sobie też to “zawsze coś” robię sama, no bo nie mogę na przykład jak człowiek skończyć studiów i wtedy się zastanawiać co dalej, tylko muszę żonglować pięć rzeczy na raz i jednocześnie kończyć pisanie magisterki i babrać się w jakichś rekrutacjach na inne rzeczy, a w ogóle to jeszcze zaczynać pracę w korpo (to teraz na przykład). Więc ten plakat, on mi był po prostu pisany. I to jeszcze poczujcie, że on jest pomarańczowy, a ja uwielbiam kolor pomarańczowy (trochę dlatego, że mi się serio podoba, a trochę dlatego, że mi go szkoda, bo on taki niedoceniany…).

Kupiłam więc ten plakat. Kupiłam też ramkę na niego. Wybrałam taką, która wydawała mi się absolutnie idealna. Że będzie pasować w tym miejscu, że passe-partout i inne szmery-bajery. Już miałam tę wizję w głowie, jak ten idealny plakat w tej idealnej ramce tak idealnie stoi w moim idealnym mieszkaniu i już nawet oczami wyobraźni widziałam idealne zdjęcie na instagrama, jakie zrobię (kto nigdy nie planował zdjęcia na insta, niech pierwszy rzuci kamień). 

Pojechałam więc do Ikei po te ramkę. I tutaj zaczęły się schody.

Zawsze mówię, że w Warszawie samochód potrzebny jest w dwóch przypadkach: kiedy chce się z Warszawy wyjechać i po to, żeby móc nim pojechać do Ikei. Bo tak po Warszawie to bez sensu jeździć samochodem, bo korki, bo nie ma gdzie zaparkować, bo jak już masz gdzie zaparkować, to musisz zapłacić za ten parking własną nerką, a do tego mamy świetnie działający system komunikacji miejskiej (jeśli ktoś chciałby ponarzekać na ZTM, to polecam pojeździć przez jeden dzień komunikacją miejską w São Paulo, od razu Wam przejdzie). O wypadach poza Warszawę i konieczności polegania na PKP to może innym razem porozmawiamy, ale właśnie ta Ikea to też jest mocny argument za posiadaniem auta. Bo niby fajnie, 190 jedzie prawie pod drzwi, tylko jak później trzeba się przesiadać na Wileniaku i Ci jeden Seba z drugim komentują Twoje zakupy, które ledwo trzymasz (“ej, mała, ale masz fajnego, heheheh, kaktusa”), to sobie obiecujesz, że już nigdy więcej nie pojedziesz do Ikei autobusem. Tym razem nie kupowałam żadnych roślin, ale ta wielka ramka, to wcale łatwa w transporcie nie była. Jakoś dobiłam jednak z Targówka, przez jedną Pragę na drugą. I ramka grzecznie czekała na przybycie plakatu.

W środę po pracy w skrzynce znalazłam awizo. Jest i on, mój piękny! Tyle tylko, że w środę wieczorem to już poczta była zamknięta, a w czwartek było święto. Ale za to w piątek… W piątek prościutko po pracy pognałam do oddziału Poczty Polskiej przy ulicy Grochowskiej i odebrałam mój piękny, cudowny plakat. I ja już miałam wizję, że zaraz przychodzę do domu, i odpakowuję tę moją ikeiową ramkę i ten mój cudny plakat, i go wkładam do tej ramki, i stawiam przy ścianie, i obfotografowuję z każdej możliwej strony, i wysyłam wszystkim możliwym znajomym, i się chwalę, jaki mam piękny plakat! Ale plany to jedno, a rzeczywistość to już zupełnie co innego. 

Okazało się, że ta ramka, to strasznie ma dużo elementów. Nie spodziewałam się tego kompletnie, bo ramka to ramka, no wyjmujesz tę tekturę i ten papier z obrazkiem szczęśliwej rodziny czy co tam za badziew akurat wstawili, wkładasz swój obrazek, przykładasz z tyłu tekturę i siema, gotowe. Ale nie wiem czy pamiętacie, ta ramka miała jeszcze passe-partout. Miała też taki “efekt głębi”, że nie od razu za szybą jest obraz, tylko kawałek dalej. I ja się za bardzo nie zastanawiałam nad tym, jaka za tym stoi konstrukcja i czy jakaś w ogóle. 

Zaczęłam rozkładać tę ramkę na części pierwsze. Przeszkoda numer jeden - to dziadostwo strasznie jest wielkie i nieporęczne. I z tej “szyby” (czyli w sumie z tego przezroczystego plastiku) trzeba było zdjąć taką naklejkę ochronną. I przy rameczkach A4 to jest to pryszcz, ale to bydle, to w ogóle nie chciało współpracować. No i tak to chciałam jakoś zrobić, żeby tego nie porysować, więc postanowiłam tylko tak zerwać i od razu odłożyć z powrotem w ramkę. Ależ się napociłam przy tym… ale dobra, jakoś poszło.

Teraz dalej – ramka robiąca “efekt głębi”. Dobra, jest. Następne – passe-partout (a bo ja tu tak z francuska, a może nie każdy wie – to jest ta taka “biała ramka w ramce”). Myślałam, że będzie elegancko siedzieć na tej robiącej głębię ramce, ale nie chciało siedzieć, bo było za bardzo wycięte. Więc jak ja go w prawo, to on z lewej spada, jak ja go w lewo, to z prawej spada, jak mi się udało jakoś równo położyć z obu boków, TO MI TO KURWA Z GÓRY SPADŁO. Wdech, wydech, Junko. Dobra, jakoś położyłam. Ale wtedy przyszedł czas na plakat. Plakat, który przyszedł w tubie. Ja go rozwijam, a on się zwija. Próbuję go rozwinąć na tym zasranym passe-partout, które mi zjeżdża, a on się zwija z drugiej strony. Próbuję go przygwoździć tą tekturą, co ma iść z tyłu, i nawet mi się udaje, odwracam ramkę… krzywo. Kurwa. Jeszcze raz. 

Jak ten Adaś Miauczyński, po kolei wszystkie elementy tam kładę, ramka główna, szyba, ramka wewnętrzna, zjeżdżające passe-partout, jeszcze raz passe-partout bo zjechało, kurwa znowu zjechało, dobra, teraz plakat, ale plakat się zwinął… Nie no, w tę stronę nie pójdzie. Dobra, dawaj od drugiej. 

Najpierw tektura, później zwijający się plakat. Trzymam plakat od dołu kolanem, od góry łokciem, próbuję położyć na niego to jebane passe-partout, które jest za mocno wycięte, żeby ten plakat przytrzymać, a jeszcze on się cały czas zwija, i mi tu wychodzi raz z lewej raz z prawej i ja tak tańczę nad tą ramką jak przy kieliszku na weselu, że do przodu, do tyłu, w górę i w dół. Dobra, jakoś się trzyma, trochę wyłazi, ale cały czas poprawiam, teraz na to ramka wewnętrzna i szyba… Pamiętacie, jak uważałam, żeby jej nie porysować? No to było to wszystko jak krew w piach, bo i tak się porysowała, i to nie tam że tu ryska tam ryska, nie, tylko normalnie jakby ktoś po niej łyżwami jeździł. I już w tamtym momencie wiedziałam, że moja idealna wizja idealnego plakatu poszła się, za przeproszeniem, jebać, bo szyba od ramki mi się porysowała, a nowej przecież nie kupię, bo mnie nie stać, a z resztą też by się porysowała najpewniej. W tym samym mniej więcej momencie zauważyłam, że mój piękny plakat też jest porysowany, ten dla odmiany na czarno. Najpewniej zrobił to mój pomalowany na czarno paznokieć, kiedy próbowałam jakoś przytrzymywać ten zwijający się plakat pod tym cholernym passe-partout. Postanowiłam dokonać ostatniej próby złożenia tego w całość. Kładę więc ramkę zasadniczą, wkładam w nią tę porysowaną szybę, podnoszę tę ramkę wewnętrzną i już ją chcę układać też, ale w tym momencie ona mi się rozpadła w ręku na cztery listewki. 

I to był moment, w którym sytuacja mnie przerosła i postanowiłam zostawić to jak jest i martwić się tym później. Spakowałam plecak i napisałam do Kasi, która siedziała w BUWie, że ja jednak do niej dołączę, i pojechałam pisać magisterkę. Bo już nawet pisanie pracy wydawało mi się lepsze niż walka z tym ustrojstwem. 

Morały z tej historii są dwa. I jeden jest taki, że nie ma co kupować ramki HOVSTA w Ikei, bo to straszne gówno jest. 

A drugi? A drugi jest taki, że ZAWSZE KURWA COŚ. 


PS. Plakat złożyłam po powrocie z BUWu. Przykleiłam go do tej ramki, więc są na siebie teraz skazani na wieki wieków.

Komentarze

Popularne posty