"Taśmy rodzinne" Macieja Marcisza – recenzja chaotyczna

Przerywamy standardowy, śmieszkowy program, aby nadać komunikat. To znaczy, właściwie, to żeby opublikować recenzję. Nie pamiętam kiedy ostatnio pisałam recenzję książki. Chyba jeszcze w podstawówce, kiedy pisywałam do szkolnej gazetki. Zdarzało mi się pisać felietony, relacje ze szkolnych apeli, pamiętnik szóstoklasistki i recenzje książek właśnie. Póżniej pewnie napisałam ich jeszcze kilka, ale już tylko na potrzeby zadań do szkoły czy na studia. Książki czytam i uwielbiam, ale chyba boję się o nich mówić. Co, jeśli zupełnie nietrafnie je zinterpretowałam? Zachwyciłam się średnią pozycją albo nie doceniłam wybitnej? Studia filologiczne uczą narzędzi mówienia i pisania o literaturze, ale przyprawiają też człowieka (albo może nie człowieka, może tylko mnie) o jakąś niepewność swoich opinii.

Jednak kiedy Magdalena Kostyszyn, naczelna Chujowa Pani Domu kraju nad Wisłą, zamanifestowała, że miejsce kobiety jest przy książce (a jakże!) i założyła wirtualny klub książki, jak ja, największa i najwierniejsza wyznawczyni prowadzenia domu po chujowemu, mogłabym nie podnieść tej (zapewne zakurzonej i podziurawionej przez mole) rękawicy?

Zaczęłam więc, kilka dni temu, czytać “Taśmy rodzinne” Macieja Marcisza. I wciągnęłam się od pierwszej strony. Ale nie tak, jak jako trzynastolatka wciągnęłam się w czytanie “Zmierzchu”, ani nawet nie tak, jak jako ośmiolatka wciągnęłam się w czytanie “Harry’ego Pottera”, ale tak, jak kilka lat temu wciągnął mnie film “Zwierzęta nocy” w reżyserii Toma Forda. Pamiętam do dziś i pewnie nigdy już nie zapomnę uczucia niepokoju, jakie zawładnęło mną od pierwszych scen tego filmu i zostało ze mną aż do jego końca. Nie mogłam jednak oderwać oczu od ekranu, pomimo tego niepokoju. A może właśnie dzięki niemu?

I tak samo czytałam “Taśmy rodzinne”. Od pierwszych stron widziałam kawałki siebie w kawałkach tej powieści i im dalej czytałam, tym mniej podobało mi się to, co widziałam. Z braku czasu odłożyłam książkę na kilka dni, ale powróciłam do niej podczas pewnej podróży pociągiem. I już jej nie odłożyłam, aż nie dobrnęłam do ostatniej strony. Bardzo byłam ciekawa opinii innych czytelników, innych recenzji, refleksji, wrażeń, ale obiecałam sobie, że przeczytam je wszystkie dopiero po napisaniu własnej. Danej sobie samej obietnicy dotrzymałam, i piszę to na świeżo. 

Chociaż wcale nie czuję się świeżo. Czuję się brudna i wytargana za włosy tą książką. Zniesmaczona żartami z biednych krewnych z prowincji, zasmucona agresją, jakiej doświadczył od swego ojca Jan i pełna współczucia dla biednej Jadzi Małysowej, co to miała trudne życie, a na koniec jeszcze się z niej synowa śmiała. Ale też zawstydzona własnym poczuciem wyjątkowości, o którego istnieniu nie wiedziałam (a może wolałam nie wiedzieć?) do czasu, kiedy nie przeczytałam o poczuciu wyjątkowości, jakie nosił w sobie Marcin Małys. 

Od pierwszych stron wiedziałam, że to będzie dobra książka. Wciągnął mnie sposób narracji – trochę poprzerywany, nieidealny, w którym okrągłe zdania przeplatają się z tymi nieco bardziej kanciastymi. Gdzie narrator używa powtórzeń, choć “większość osób powtórzenia miała za coś niedopuszczalnego”. Te pierwsze strony mogłabym też cytować w całości, ale nie są to cytaty nadające się na umieszczenie ich na tle obrazka z chmurami i wrzucenie na Pinteresta czy instagram jako inspirację. To raczej cytaty, które przesyłasz znajomym, ale tylko tym najbliższym, i tylko w wiadomości prywatnej, i kiwacie sobie nad nimi smutno głowami. Cytaty takie jak:

“Coś, co miało być tylko zapowiedzią jego kariery, budziło obawy co do swojej ostateczności. Przyjaciele, choć umówili się między sobą, że zachowają wobec jego inercji uprzejmą cierpliwość, tracili ją. Zróbże coś wreszcie. Ogarnij się, weź po prostu wstań i albo skończ ten swój projekt, albo daj spokój i idź do normalnej pracy, zdawali się mówić, ale nie przechodziło im to przez gardło. Okej, wstanę i zacznę od jakiejś małej rzeczy, na przykład od zmycia naczyń – odpowiadał Marcin. Ale na początku zapalę w ramach nagrody za samą chęć zrobienia czegoś, myślał. W końcu był człowiekiem uprzywilejowanym, w stanie depresji, a ci dbali o rytuały tak bardzo, że stawały się one celami samymi w sobie. Nie zrobię tego, póki nie posprzątam, muszę mieć czystą przestrzeń do pracy, bo ewidentnie to miejsce wydziela negatywne feng shui, ale posprzątam dopiero, gdy nastawię dobrą muzykę do sprzątania, ale w tym celu muszę wejść na ulubiony portal muzyczny. Jeszcze pachnąca świeczuszka, kąpiel, kawka i pyszne wartościowe śniadanko z musli i owocami poprzedzone łykiem wrzątku z cytryną. W końcu człowiek wyszkolony przez psychoterapię i religię akceptacji samego siebie, tak totalnie całego siebie aż po końcówki małych paluszków u stóp, ma tak niskie wymagania wobec swojej osoby że wypicie przepisowych dwóch litrów wody dziennie małymi łyczkami uważa za wystarczający powód do ogłoszenia triumfu i zaśnięcia snem sprawiedliwego.”

Ale to nie Marcin, udręczony artysta koło trzydziestki i wyznawca religii samoakceptacji jest dla mnie najciekawszym bohaterem tej książki. Co aż dziwne, bo przeważnie wolę czytać o postaciach bliższych mnie samej – wiekiem, doświadczeniem, sytuacją życiową. Moja historia to nie jest historia życia Marcina Małysa, ale na pewno bliżej jej do jego życiorysu niż do historii Jana Małysa, ojca rodziny, który dorobił się w zachłannej wszystkiego co zachodnie post-komunistycznej Polsce. A jednak to Jan zaintrygował mnie w tej powieści najbardziej. Jego skomplikowana historia. Niełatwe dzieciństwo. Miłość do matki, którą chciał chronić przed złośliwymi komentarzami dzieciaków ze szkoły i podwórka. Wstręt, jaki musiał czuć sam do siebie wiedząc, że jego dzieci, ale i on sam, w ten sam sposób wyśmiewają się z innych ludzi, którzy też są czyimiś rodzicami. Żal, jaki czuł do siebie, za niezbyt bliskie relacje ze swoimi dziećmi. Porażka, jaką czuł, że odniósł w wychowaniu ich. Chciał, żeby nauczyły się szanować to, co mają. Ale za późno postanowił pokazać im, że dopiero, kiedy na wszystko musisz zapracować sam, uczysz się szanować wszystko, co masz. 

W tej książce nie ma postaci dobrych i złych. Wszystkie są na swój sposób złe, choć niektóre wydają się bardziej przegnite od środka niż inne. Ale nie są to też postacie do szpiku kości złe, i chyba to właśnie sprawia, że czytając tę książkę można poczuć taki niepokój. Kiedy czytamy o mordercy, nawet jeśli poznajemy jego historię, powody, dla których stał się złym człowiekiem, jego skomplikowany portret psychologiczny, możemy go lubić, możemy go nienawidzić, możemy go zrozumieć, możemy mu nawet współczuć. Ale nie będziemy się z nim w żaden sposób identyfikować, bo ostatecznie my nigdy przecież nie posunęlibyśmy się do morderstwa. Ale kiedy książka traktuje o rozpuszczonych dzieciach nowobogackich rodziców, to nawet jeśli wcale nie dorastaliśmy, jak oni, licząc ceny nowych jesiennych kurtek w tysiącach, czujemy ukłucie winy czytając o dorastających dzieciach, które z rodzicielskiej miłości głównie biorą, o okrutnych żartach z tych, którzy może mniej niż my mieli okazję w życiu widzieć czy czytać, o poczuciu, że jesteśmy w jakiś sposób wyjątkowi i to tylko świat jest wobec nas taki okropnie niesprawiedliwy.

Jestem Janem Małysem, który wścieka się na rozpuszczone bachory. Alicją Małys, która bezsilnie zwija się na kanapie w kłębek i nie chce wstawać i wychodzić z domu, bo świat na zewnątrz za bardzo ją przytłacza. Marcinem Małysem, który nie radzi sobie w życiu, ale także Maksem Małysem, który radzi sobie jakoś i czuje wyższość nad Marcinem. Jestem też rodziną z Podlasia, z której ktoś na pewno się śmieje. 


Jestem wszystkimi Małysami. Wszyscy jesteśmy Małysami. 

Komentarze

Popularne posty