Roztocza i smutek, czyli "Zdrój" Barbary Klickiej


Byłam kiedyś w Ciechocinku, i chociaż nie było to wcale tak dawno, zdążyłam już prawie o tym zapomnieć. To był chyba drugi rok studiów, wiosna. Moi rodzice byli akurat w sanatorium i tamtego roku wyjątkowo zamiast do rodzinnej miejscowości, pojechałam na Wielkanoc do Ciechocinka. Pamiętam ciężkie zasłony, wszechobecne wykładziny i przygniatający smutek. W Wielką Sobotę rozpłakałam się i błagałam rodziców, żebyśmy na święta pojechali jednak do domu, bo nie chciałam ich spędzać w tamtym przygnębiającym miejscu. Pojechaliśmy.

Kiedy zaczęłam czytać “Zdrój” Barbary Klickiej, od razu przypomniałam sobie tamtą wiosnę. Starsze pary trzymające się za ręce podczas spacerów po zdrojowych parkach, rabatki kwiatowe i słodko wyglądające kawiarenki. Podczas pierwszych spędzonych tam dni wszystko to wydawało mi się niezwykle urocze, ale chwilę później jakaś dziwna i nie wiem czym wywołana depresja totalnie mnie przygniotła. I ten właśnie ciężki klimat poczułam już od pierwszych stron tej książki. Zostałam kupiona, czytam dalej.

Po przeczytaniu kilku stron spojrzałam na tylną okładkę, żeby przeczytać coś o autorce i to, co tam znalazłam, potwierdziło moje przeczucie, że książkę napisała osoba dobrze zaznajomiona z warsztatem pisarskim. I choć “Zdrój” jest debutem prozatorskim, to jest także dziełem doświadczonej poetki. I ta poetyckość języka rzuca się w oczy, ale w taki przyjemny, nienachalny sposób. Skojarzyło mi się z twórczością Szwedki Idy Linde (wykorzystam ten moment, żeby polecić jej książkę “Jeśli o tobie zapomnę, to stanę się kimś innym”). 

Poza poetyckością języka bardzo spodobała mi się też fragmentaryczność opowieści. To z kolei trochę jak w mojej ukochanej “Samotności liczb pierwszych”, choć ta, w odróżnieniu od “Zdroju”, napisana jest surowym językiem. Pięknie surowym. A “Zdrój” to taka książka o zdaniach eleganckich i wypolerowanych. Nie zrozumcie mnie źle, one są bardzo gustownie wypolerowane, nie ma w nich ani odrobiny kiczu, nie znajdziecie ani jednego doklejonej tam niepotrzebnie badziewnej cyrkonii, raczej idealnie wypolerowane i polakierowane ciemne drewno, takie, z którego zrobione są bardzo drogie dizajnerskie meble. Taki język bez żadnej drzazgi. Pojawiło się niby to “że tak powiem”, ale drzazga występująca regularnie i umieszczona w odpowiednim miejscu, z odpowiednią intencją ,przestaje być drzazgą, a staje się elementem dekoracyjnym. A ja chyba jednak wolę niewypolerowane drewno brzozowe. 

Zaczęłam się w pewnym momencie w tej książce gubić. Kto jest kim? O co tu chodzi? Fragmentaryczność, nad którą jeszcze przed chwilą się zachwycałam, zaczęła mnie irytować. Coraz to nowe postacie były przedstawiane imieniem i jedną cechą charakteru (przeważnie negatywną), wszystkie Krysie i Grażynki zlały się w jedno. Może o to chodziło? Może. Zlały mi się jednak poniekąd w jedno też postacie Piotra i Mariusza, a miał chyba być swoimi przeciwieństwami. A może nie?

Piotr to w ogóle postać bardzo ciekawa, przypominał mi nieco marquezowskiego Melquiadesa, który pojawia się zawsze znikąd, przychodzi kiedy chce i znika też wtedy, kiedy on sam uzna to za stosowne. Czy to taki realizm magiczny przeniesiony z Ameryki Łacińskiej na grunt nasz, zdrojowy?

Nie podobała mi się zrzucona na koniec książki bomba w postaci sceny powrotu dziewczynek z potańcówki w innym sanatorium, a raczej nie sama bomba, ale brak rozwinięcia tematu. O ile potrafię zaakceptować tajemniczość Piotra i duchowo-magiczny charakter jego postaci, i rozumiem, dlaczego pewne wątki z nim związane nigdy nie zostały wyjaśnione, o tyle w tym przypadku chciałabym czegoś więcej. Ten wątek wydał mi się zbyt pospiesznie i zbyt pobieżnie wprowadzony, za szybko wycofany. 

Bałam się pisania poprzedniej opublikowanej tu recenzji, ba, ja nawet samego czytania pod recenzowanie się bałam, bo kto mi dał prawo wymądrzania się na temat czyjejś twórczości. Czytając “Taśmy rodzinne” poczułam jednak ulgę, bo książka bardzo mi się podobała i mogłam z czystym sumieniem dołączyć do chóru pochwał. W tym przypadku sprawa komplikuje się nieco bardziej. 

To jest książka, przy której czytaniu czuję się głupia. Bo wszyscy piszą, że taka świetna, że zmagania z własną cielesnością, że ciało zniewolone, i owszem, ja nawet widziałam tam te wątki, ale zupełnie nie potrafiłam się na nich skupić w chaosie, jaki czułam w tej książce. 

Najsłabszym, moim zdaniem, punktem tej książki, była ostra krytyka mentalności kuracjuszy. Zbyt czarno-białe to wszystko było, dobra dziewczyna z miasta, za młoda na chorobę, która ją spotkała, i wstrętne, wredne, stare baby, kuracjuszki pierdolone. Ale może ja zbyt osobiście do tego podchodzę, przez pryzmat własnego doświadczenia z Ciechocinkiem, do którego przyjechałam, jako światła studentka z dużego miasta, która zachwycała się ceną sernika (TRZY ZŁOTE ZA KAWAŁEK) i chciała w kioseczku kupić magazyn drukowany na ładnym papierze, magazyn, którego ekspedientka nie mogła nabić na kasę, i dzwoniąc do szefowej pytała, jaki jest kod na “lawje”, z akcentem na pierwszą sylabę. I ja w tamtym momencie już układałam w głowie szyderczą historyjkę, którą chciałam sprzedać swoim warszawskim znajomym, że na prowincji sie nie znajo i to przecież było la vie, z francuska. Ale kilka dni później babrałam się we własnych wyrzutach sumienia, za to, że nawet tak pomyślałam. Bo poobserwowałam baczniej tych ludzi – tych miejscowych i tych przyjezdnych. Wrednych i zdewociałych, być może. Ale ja za kilka dni miałam wyjechać i wrócić do życia, w którym dyskutuję ze znajomymi o zagranicznych książkach przeczytanych w oryginale, okazyjnie zagryzając tę dyskusję sernikiem raczej za trzynaście, niż za trzy złote. I wrócę do swojego la vie. A tam nie ma żadnego la vie. Ci ludzie może tam zostaną, a może wrócą do domu, a kiedy wrócą do domu znowu będą czekać na kolejny przydzielony im przez ZUS turnus i kolejny miesiąc spędzony w sanatorium będzie najjaśniejszym miesiącem całego ich roku. O ile dożyją kolejnego turnusu.

Tam nie ma la vie. Tam jest po prostu życie, w mdłym kolorze zakurzonej wykładziny. I jest to życie nie takie, jakie chciałabym widzieć. Życie zgorzkniałe, wredne, przygadujące, że “o nie, jak z Warszawy, to niedobrze”. Ale chyba nie mam prawa tego życia oceniać, bo nie mnie przyszło nim żyć. A przynajmniej jeszcze nie teraz.

Jest to jednak obiektywnie dobra książka. Potrafię zrozumieć wydawane na jej cześć ochy i achy, choć osobiście ich nie podzielam. Nie jest to żadna grafomania, wręcz przeciwnie, debiut prozatorki doświadczonej pisarki, osoby, która wie, jak składać litery do kupy, żeby dobrze się prezentowały. To jest obiektywnie dobra książka, która po prostu chyba nie trafiła w mój gust.

Status mojego związku z tą książką ustawiłabym jako “to skomplikowane”. Był miesiąc miodowy, pierwsze kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt stron, które zupełnie mnie porwały, przywołały z pamięci obrazy, o których istnieniu zdążyłam zapomnieć, kazały pod nosem, sama do siebie, mamrotać, że świetnie uchwycony klimat, tak, świetnie uchwycony. Później przyszedł kryzys. Było nam razem coraz gorzej. Coraz mniej tę powieść rozumiałam i coraz bardziej wątpiłam w to, czy jeszcze chcę ją zrozumieć. Już tylko z poczucia obowiązku, nie pamiętając zupełnie o łączącym nas jeszcze chwilę wcześniej uczuciu, brnęłam w to dalej. A pod koniec zaczęłam może nie rozumieć, ale na pewno akceptować jej specyficzne zwyczaje. I potrafię docenić jej niezwykłość, tylko po prostu chyba nie jest to ten rodzaj niezwykłości, którego szukam. Rozstańmy się więc w pokoju, książko. Chętnie podam Cię dalej w świat, bo wierzę, że zasługujesz na czyjąś miłość. Ja po prostu nie jestem osobą, która potrafi Ci ją dać. 

Komentarze

Popularne posty