po nazwisku to po pysku

Każdemu z nas na wstępie trafiła się przewaga w jakiejś dziedzinie życia. Na przykład niektórzy urodzili się na jakimś jachcie w Monako. Albo ze szwajcarskim obywatelstwem. Albo jako dzieci w wielokulturowej rodzinie, i od małego płynnie mówią trzema językami. Mi z takich zajebistości życia trafiło się nazwisko. Nie jest to co prawda żadne tam nazwisko rodowe czy celebryckie czy otwierające drzwi czy coś w ten deseń, nie, jest to po prostu dobrze brzmiące nazwisko. Zajebiście dobrze brzmiące. Szczególnie na tle mojego imienia, którego, swoją drogą, nigdy nie lubiłam. Od przedszkola po studia, kiedy ktoś krzyczał na korytarzu “Paulina!”, to odwracało się średnio pół korytarza. W niemalże każdej grupie znajomych była zawsze więcej niż jedna Paulina, więc trzeba nas było jakoś odróżniać. Za gówniarza moje koleżanki zawsze mówiły o mnie pełnym imieniem i nazwiskiem. “Ta druga” Paulina była po prostu Pauliną, a ja byłam Pauliną Junko. Może dlatego, że tak naprawdę to ja byłam w przedszkolnej hierarchii “tą drugą Pauliną”, ale ja tam wolę to sobie tłumaczyć tym, że ja po prostu miałam krótsze nazwisko. 

Po jakimś czasie (a także po fali eksperymentów z różnego rodzajami ksywkami) zostałam po prostu Junko. Nie bardzo wiem jak to można odmieniać, więc osobiście optuję za nieodmienianiem w ogóle. Był kiedyś taki mem, że człowiek człowiekowi wilkiem, a kiwi kiwi kiwi i moja przyjaciółka dopisała do tego, że Junko Junko Junko. Z gramatyką tego powiedzenia się zgadzam, z semantyką mniej, bo może i ja mam jakieś rozdwojenie osobowości, ale żeby od razu roz…trojenie? 

Abstrahując jednak od meandrów mojej psychiki, nieskromnie uważam, że moje nazwisko to mogłoby mieć wiele zastosowań. Bo dobrze brzmiące (co już ustaliliśmy), krótkie, oryginalne, ale nie zbyt wydziwne, by nie móc go zapamiętać. Bynajmniej, uważam, że Junko wpada w pamięć bardzo szybko. I międzynarodowe takie! Co prawda w zależności od kraju i języka zmienia nieco brzmienie – i tak zdarzyło mi się już w życiu być Dżankoł, Hunko i Żunku. Czasami poprawiam ludzi, czasami nie. W sumie zależy kogo. Portugalskie Żunku to nawet słodko brzmi, ale na Dżankoł się trochę wkurzam, bo mi się to kojarzy z “junk”, a to jest słowo, które ma dużo znaczeń, ale chyba z żadnym z tych znaczeń nie chciałabym być wiązana. Amerykańców i Angoli upominam więc zwykle, że to się wymawia Yoon-ko. 

Zawsze mówiłam, że gdybym miała coś kiedyś wynaleźć albo założyć markę czegoś, to na pewno nazwałabym ją Junko. I byłoby to pewnie w jakimś stopniu narcystyczne, ale ja i tak uważam, że to po prostu świetna (hipotetyczna) strategia marketingowa. Dlaczego miałabym pozbawiać swojego (ewentualnego) produktu najlepszej możliwej nazwy?

Gdybym na przykład była Markiem Zuckenbergiem, to totalnie nazwałabym facebooka Junko. Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek miała wynaleźć jakiekolwiek medium społecznościowe, ale gdyby tak miało być, to uważam, że Junko dobrze wpasowałoby się między Twittery i inne Instagramy. Przynajmniej  tak z nazwy, bo nie wiem, co miałoby robić. Ale to szczegół.

Albo samochód. Poczujcie jak to brzmi – najnowszy model Junko. Junko X500. Czy coś. Jakbym była Elonem Muskiem, to nie byłoby żadnej Tesli, tylko byłoby Junko.

Albo pierwiastek! Albo jakaś część atomu czy coś. Jakaś jednostka fizyczna. Junko pasuje do wszystkiego. 

Nie jestem jednak ani Zuckenbergiem ani Muskiem, przygodę z programowaniem i inżynierią zakończyłam lata temu po całym jednym semestrze na politechnice (no dobra, tak serio to wcale nie było to CAŁY semestr, bo do sesji nigdy nie podeszłam), a w wieku dwudziestu sześciu lat pomału godzę się z tym, że żadnego przełomowego dla ludzkości odkrycia nie dokonam, a w związku z tym, nie nazwę niczego Junko. Mam jednak jedną rzecz, którą stworzyłam w życiu tak z niczego, że ona jest tylko moja i w stu procentach przeze mnie tworzona i jest nią ten blog. I on nie jest co prawda żadną tam najlepszą i najnowocześniejszą na świecie marką samochodu ani odkryciem w dziedzinie fizyki, które zasługiwałoby na Nobla, on jest bardziej takim kundlem wśród rasowych rzeczy-które-można-nazwać, i to jeszcze na dodatek kundlem z kulawą nogą, żadnym tam pędzącym chartem czy szlachetnym husky, ale z tymi kundlami to już tak jest, że może i w porównaniach wypadają słabo, ale przecież ten kundel, którego mamy, jest dla nas jedynym i najkochańszym. Mój blog jest dla mnie w sumie bardziej jedyny, niż najkochańszy, ale czujecie mniej więcej tę analogię. 

Przyszedł więc czas na zmianę. Postanowiłam zmienić domenę na bardziej moją. Na najmojszą ze wszystkich możliwych. Od teraz jest to: junko.pl. I teoretycznie mogłabym zakończyć ten wywód tutaj i iść w zaparte, że ta zmiana to jest właśnie z tego powodu, że uznałam, że moje własne nazwisko jest lepsze niż jakakolwiek inna nazwa. Ale ja jestem naiwna i zupełnie nie korzystam z tego, że w internecie wszystko jest iluzją, i jednak przyznam się Wam do tego, że ten cały rebranding to wynika głównie z tego, że przegapiłam termin płatności za przedłużenie starej domeny i teraz musiałabym płacić jakąś tam opłatę reaktywacyjną, a to mi się zupełnie nie uśmiecha. 

Chociaż cała ta teoria nie jest właściwie AŻ TAK naciągana, bo poprzednia nazwa daleka była od ideału. Chyba tylko mi wydawała się super łatwa i prosta. Mój kolega kiedyś wytknął mi, że PLNJNK wygląda jak identyfikator jakiegoś przewalutowania z peelenów na… coś tam. Na junko? Może nazwę kiedyś tak jakąś kryptowalutę. Pożyjemy, zobaczymy. 

Komentarze

Popularne posty