wędrować się zachciało

Jestem z Renatą na Azorach. A raczej na jednym konkretnym Azorze, na wyspie São Miguel. I zamarzyło nam się zobaczyć taki mały kościółek na takiej dużej górze. Problem był tylko w tym, że znajduje on się w Vila Franca de Campo, czyli miejscowości oddalonej od Ponta Delgada (w której mieszkamy) o 25 kilometrów.


Opcji na pokonanie takiej trasy jest kilka:A) autobusem B) samochodem C) rowerem 



Jeśli życie czegoś mnie nauczyło przez 26 lat, to tego, że zawsze, ale to zawsze, szczególnie wtedy, kiedy wydaje się to niemożliwe, jest jeszcze opcja D) inna odpowiedź. Ale po kolei. 



Próbowałyśmy ogarnąć transport publiczny, ale nie mogłyśmy dojść do tego skąd, dokąd i o której godzinie. Stwierdziłyśmy więc, że na autobusy międzymiastowe nie ma co liczyć.



Samochód musiałybyśmy wynająć, a do tego potrzebna jest karta kredytowa albo jakiś horrendalny depozyt. Poza tym, jak zobaczyłam jak wąskie są tu uliczki i jak brawurowo jeżdżą tutejsi kierowcy, to trochę mi się tego wynajmowania odechciało. 



Rower wynająć jest już łatwiej niż samochód, i taki właściwie miałyśmy też plan. Ale plan się zmienił w momencie, kiedy Renia rzuciła "a może się przejdziemy?". 



Wydawało się to całkiem wykonalne. Bo te 25km to my i tak średnio dziennie pokonujemy na wywczasach wszelkich. Co prawda po 25km w jedną stronę, w sumie 50, to już trochę inna historia, ale dobra stara, dawaj, będzie wyzwanie. 



Wyruszyłyśmy dość wcześnie, pełne zapału. Plecaki wypełnione miałyśmy wszystkim, co przy takiej wyprawie potrzebne. Miałyśmy wodę, kanapki, krem z filtrem, aparaty fotograficzne, dodatkowe ubrania... Słońce paliło niemiłosiernie już od rana, toteż pomimo kremu z filtrem udało mi się spalić sobie czoło. Na szczęście zawczasu pomyślałam o tym, żeby wziąć coś na głowę. Miałam więc tę chustę, ale miałam też problemy z zawiązaniem jej na głowie. Pierwszą próbę Renia skomentowała wyśpiewanymi pod melodię "czerwone jabłuszko pokrojone na krzyż" słowami "Wiesia, Wiesia, Wiesia, poooodaj no te grabie". Poszamotałam się trochę z tą chustą I ostatecznie udało mi się zakręcić turban. Udar słoneczny nie był mi już więc straszny, trochę się jednak bałam, że spotkam kogoś, kto mi zarzuci, że z tym turbanem to dokonałam przywłaszczenia kulturowego, ale z nadzieją, że może by mi ten hipotetyczny ktoś wybaczył w obliczu tego upału, ruszyłyśmy przed siebie. Początki były całkiem przyjemne. Widziałyśmy palmy, hortensje, hibiskusy i inne roślinki. Na jednej z plaż natknęłyśmy się na dziwaczne, meduzopodobne-ale-jednak-nie-meduzy stworzenia morskie, z chodników, po których szłyśmy, w popłochu uciekały jaszczurki, z szelestem chowając się pod najbliższym liściem, a na polach spotkałyśmy sporo krów, z których to Azory słyną. Jedną z nich Renia nawet próbowała wołać na "taś-taś" czy coś takiego, ale krowa okazała się bykiem i wtedy Renia przypomniała sobie, że nie ma karty EKUZ i jednak już go nie wołałyśmy.  



Najciekawszym jednak gatunkiem, z którym się zetknęłyśmy, był homo sapiens. Szczególnie osobniki męskie. Kojarzycie to powiedzenie, że kozak w necie, pizda w świecie? Powinna istnieć jakaś wersja z samochodem. Nie wiem, że kozak w aucie, pizda na oucie, czy coś. Bo Ci w pojazdach mieli wyraźnie więcej kurażu. W ogóle to skłoniło nas to do refleksji nad męskimi zalotami, i wyobraziłyśmy sobie, jak reagowaliby mężczyźni, gdyby to kobiety zachowywały się jak typowy Seba (czy tam Sebastião) w starym passacie, i niezwykle nas ta wizja rozbawiła. Oddaję za darmo ten pomysł na stand up. 



W drodze do atrakcji turystycznej byłyśmy atrakcją dla miejscowych każdej płci. Dwie blondynki, w tym jedna niemalże albinoska, co one tu robią? Azorskie dzieci wytykały nas palcami, a azorscy sprzedawcy przyglądali nam się bacznie. Przynajmniej do momentu, w którym zbliżałyśmy się do kasy, wtedy wszyscy rozpierzchiwali się w popłochu i zostawał na polu bitwy tylko jeden biedak z przerażeniem na twarzy. W tym samym momencie, kiedy on wydukiwał "tri fifti", ja zapytałam "quanto é que fica? " i widziałam, jak pomału strach ucieka z jego twarzy i oddając mi resztę już z ulgą mówi "obrigado". Albo w każdym razie coś co miało być obrigado, ale brzmi trochę jak ten byk, co to jednak nie chciałyśmy go denerwować. Azorski portugalski nie przypomina ani słodkiego brazylijskiego zaśpiewu ani uroczego portugalskiego szeleszczenia. Przypomina raczej skrzyżowanie francuskiego ze szwedzkim. Albo portugalski, który chciał być francuskim, a stał się muczeniem (azorskiej) krowy. 



I tak oto wędrowałyśmy i rozmyślalyśmy i podziwiałyśmy. A przynajmniej na początku tak było. Na ostatniej prostej, a w zasadzie na ostatnim odcinku, który był jednak zdecydowanie krzywą, i to krzywą, w której za każdym zakrętem czekała góra bardziej stroma od poprzedniej, nie bawiły nas już szeleszczące w liściach jaszczurki, nie interesowały żywopłoty z hortensji, ani widoki na ocean, ani nic. 



Okazuje się, (co pewnie dla większości z Was jest jasne i zrozumiałe, ale my musiałyśmy się przekonać na własne oczy, a raczej nogi) że dwadzieścia pięć kilometrów łażenia po Porto czy Florencji, z kawą pitą niemalże na każdym rogu, możliwością przejścia na zacienioną stronę ulicy i ogólnie rozłożone na cały dzień, to nie to samo, co dwadzieścia pięć kilometrów w pełnym słońcu, niemalże ciągle pod górę, przez sześć godzin ciurkiem. A na koniec to się w ogóle okazało, że to wcale nie 25km miało być, a 30, bo 25 to było do tej miejscowości, a kościół jest właściwie za miastem (a nawet, powiedziałabym, nad miastem). Po pięciu godzinach byłyśmy już bardzo blisko końca. Ale nie drogi. Końca naszych możliwości.



Po drodze miałyśmy różne marzenia. Napić się piwa. Napić się zimnej wody. Umyć ręce. Żeby góra się już skończyła.



Przez pierwszą godzinę przejmowałam się tym, że w tym słońcu się spocę. Przez drugą godzinę jeszcze mi przeszkadzało to, że byłam cała spocona. Później już tylko chciało mi się pić.



Wyruszyłyśmy o 8:30 Trzydzieści kilometrów, siedem godzin, hektolitry płynów, setki napotkanych jaszczurek i jedno spalone czoło później dotarłyśmy na sam szczyt. Położyłyśmy się na betonie pod kaplicą i tak leżałyśmy, odstraszając innych turystów. Musialyśmy zregenerować siły, bo pod tę ostatnią górę wchodziłyśmy już na ostatnim procencie baterii.



Chciałoby się w tym miejscu napisać: "weszłam na szczyt zmęczona, ale szczęśliwa". Ludzie tak mówią, co nie? Ja jednak czułam się tylko zmęczona. Szczęśliwa, a raczej dumna z siebie, to ja mogę być teraz, jak leżę umyta, w czystej pościeli i nie muszę już nigdzie dalej iść. Wtedy byłam zdecydowanie tylko zmęczona.



I to do tego stopnia, że ani widok z góry ani sam budynek nie robiły na mnie właściwie żadnego wrażenia. Widok był piękny, i teraz podziwiam go przez mentalne zdjęcie, które zrobiłam stojąc na szczycie (normalne zdjęcie też zrobiłam, ale nie oddaje pełni uroku tamtego miejsca). W tamtej chwili byłam jednak zbyt zmęczona, żeby się czymkolwiek zachwycać. Energii starczało mi tylko na stawianie kroku za krokiem. I taka jest historia tego oto zdjęcia, które zrobilyśmy tuż przed zejściem z powrotem w dół. Takie zdjęcie "byłam, to niech mam zdjęcie". Ale nawet tych zdjęć już nam się nie chciało robić. Nic nam się nie chciało, tylko zimnego piwa. 



A jak wrociłyśmy do Ponty? Autobusem. Okazało się, że jakieś jednak jeżdżą.

Komentarze

Popularne posty