o warszawskim rynku mieszkaniowym słów kilka

Są takie momenty w życiu, kiedy człowiek już nie wie, czy ma się śmiać czy płakać, i ostatecznie decyduje się na obie te czynności na raz, i później z kolei nie wiadomo, czy się płacze ze śmiechu, czy śmieje przez łzy. I idealnym przykładem takiej sytuacji jest próba znalezienia mieszkania w Warszawie.
Zawsze mówiłam, że szukanie mieszkania w Warszawie to jest tak: tanio/w dobrym stanie/blisko do centrum: wybierz dwa. I tak przynajmniej było jeszcze dwa, trzy lata temu. Teraz jest raczej: tanio/w dobrym stanie/blisko do centrum: wybierz jedno. 
Bardzo długo biłam się z myślami i zastanawiałam nad tym, czy szukać raczej pokoju czy raczej kawalerki. I najpierw zdecydowałam się na pokój, ale później się okazało, że za pokój i tak muszę wyłożyć koło tysiąca miesięcznie, i jeszcze sobie przypomniałam, że jestem aspołeczna. Co prawda przez ostatnie dziesięć lat mieszkałam z różnymi ludźmi, ale albo byli to ludzie, których dobrze znałam, albo mieszkałam tam na bardzo krótki okres i byłam w stanie przez te kilka miesięcy zacisnąć zęby. A teraz nie po to się sprowadzam, po długiej tułaczce, z powrotem do kraju nad Wisłą, żeby co pięć miesięcy się przeprowadzać, bo mnie wkurwiają współlokatorzy. Zdecydowałam się więc na kawalerkę. 
I wiecie co? I znalazłam kawalerkę idealną. Tanio, blisko centrum i w dobrym stanie. Koniec historii.
Nie no, żartowałam. 
Kawalerka była co prawda idealna. Spełniała wszystkie warunki konieczne: było mnie na nią stać, zlokalizowana była nie na końcu świata i nie była magazynem mebli. Spełniała też warunki “miło by było”: miała białe ściany, ładne meble w kuchni i ZERO mebli w pokoju. Ideał. Dzwonię do rodziców, czy pojadą do Warszawy je obejrzeć i ewentualnie podpisać umowę. Dzwonię do właścicielki, czy jeszcze wolne. Rodzice mogą jechać, właścicielka mówi, że wolne, że mam miły głos i cieszy się, że będzie miała sympatyczną lokatorkę, rodzice umówieni na poniedziałek i wszystko wydaje się być pięknie i… przychodzi sms. Niestety córka/przyjaciółka/babka/ciotka/niewiemkto rozstała się z partnerem i pilnie potrzebuje mieszkania, bardzo mi przykro, ale jednak nie wynajmuję. No cóż, to od początku było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. 
Wracam więc do poszukiwań. Włączam wszelkie możliwe strony z ogłoszeniami o wynajmie mieszkań, przeglądam oferty i przyglądam się moim opadającym w dół i w dół i w dół oczekiwaniom. Z “najdalej Mokotów” zrobiło się “najdalej Kabaty”. “Zero PRLu” przekształciło się nagle w “jak nie za brzydka, to może być nawet i meblościanka”. Dorzuciłam najpierw stówkę, później dwie, później trzy do budżetu.
I w ten oto sposób dotarłam do tego momentu, kiedy to nie wiem, czy jeszcze płaczę ze śmiechu, czy już śmieję się przez łzy. “Dwa pokoje”, przy czym jeden pokój okazuje się kuchnią. W ogóle brak kuchni. Albo kuchnia w korytarzu (nie, nie korytarzu mieszkania, korytarzu budynku). Wanna w korytarzu. Dwa pokoje: salon z sypialnią w antresoli, czyli pokój 8m2 z łóżkiem pod sufitem. Meblościanka i dwie wersalki to “klimatyczne, jak za dawnych lat”. Kawalerka w centrum, która okazuje się kawalerką w centrum Wesołej. “Mieszkanie jeden pokój Praga 1400” to wcale nie kawalerka, a jeden pokój w mieszkaniu pięciopokojowym. Mieszkania na doby. Mieszkania na godziny (serio!).
I ja już się pogodziłam z tym, że pół mojej przyszłej wypłaty będzie wsiąkało w czynsz. Już nawet momentami rozważałam opcję, w której będę na mieszkanie musiała wyłożyć 3/4 tej wypłaty, ale muszę przecież za coś jeszcze żyć. Nie potrzebuję mieszkania w samym Śródmieściu, z widokiem na Ogród Saski, ale nie chcę też mieszkać na Białołęce czy Jelonkach, bo równie dobrze mogłabym za pół ceny mieszkać w Łodzi, a dojazdy wyjdą niemalże na to samo. I już się pogodziłam z tym, że białe ściany i pokoje bez mebli to białe kruki rynku mieszkaniowego, ale nie będę mieszkać z tymi wszystkimi gratami, które twoja rodzina gromadziła przez ostatnie pół wieku...
Do tego dochodzą jeszcze ciekawe kruczki w ogłoszeniach. Cena X, ale jeszcze trzeba doliczyć 500 złotych czynszu administracyjnego i 300 złotych zaliczki za prąd, miesięcznie. Nie jesteśmy agencją, więc nie pobieramy prowizji, ale przy podpisywaniu umowy musisz wykupić nasze ubezpieczenie. I o ile jeszcze potrafię zrozumieć, że ktoś nie chce wynajmować osobom ze zwierzętami, bo się boi że mu pies zasika na amen drewniany parkiet, o tyle nie wiem, czy chcę wynajmować mieszkanie od osoby, która w drugiej linijce ogłoszenia deklaruje “cudzoziemcom dziękujemy” albo “wynajmę tylko obywatelom RP”. Dobrze, że wynajmujący-narodowcy nie sprawdzają obywatelstwa na cztery pokolenia wstecz, bo już bym się nie załapała. 
I czy ktoś mi może wytłumaczyć, dlaczego mieszkanie nieumeblowane, o białych ścianach, najprostsza, wydawałoby się, z możliwych opcji, jest najtrudniejsze do znalezienia?
Czy będzie mi dane mieszkać w czterech wściekło-zielonych ścianach? Czy powinnam przekonać się do mebli z okleiną w kolorze olcha? Czy przyjdzie mi spędzać życie w autobusie linii 518 dojeżdżając z Nowodworów?
Korzystając z tego, że jestem jeszcze w Porto, to chyba się przejdę w jakąś pielgrzymkę, albo na południe, do Fátimy, albo na północ, do Santiago de Compostela. Bo teraz to już chyba jedyne, co mi zostało, to liczyć na cud.

Komentarze

Popularne posty