Galicja

Podobno polska język trudna język. Ale ja Wam powiem, że trudna język to jest dopiero język hiszpańska. Szczególnie, jak się wjeżdża do Hiszpanii z Portugalii i człowiek taki zupełnie emocjonalnie nieprzygotowany przekracza tę granicę, która to jest granicą nie tylko państwową, to jest moi drodzy granica między dwoma różnymi stanami świadomości. I ja wiem, że Galicja to taka pół-Hiszpania, a może nawet i nie pół, Galicja to Galicja, ale ja po galisyjsku nie mówię (jeszcze?), więc to jest tylko dodatkowy poziom lingwistycznego confusión. Będę więc próbować dogadać się po kastylijsku. 
Na dworcu autobusowym w Santiago de Compostela pytam ładnie, poprzedzając eleganckim hola, buenos días, gdzie jest taquilla takiego a takiego przewoźnika. Pani mi tłumaczy, ja rozumiem, ale na koniec zapominam języka w gębie. A przynajmniej tego właściwego dla sytuacji języka zapominam, bo zamiast "vale, gracias" mówię "tá bien, obrigada", co jest jakąś rozpaczliwą, acz nieudaną próbą przebrania portugalskiego za hiszpański. I dopiero na "obrigada" zdaję sobie sprawę z porażki, więźnie mi więc w gardle to portugalskie słowo i wychodzi tylko jakieś urwane w pół niczym hejnał mariacki "obrigá...". Może ja tu nowy język wymyślam.
Przekraczając granicę czułam też, jak rosną ceny. A proporcjonalnie do wzrostu cen, spada jakość podawanej kawy. Łezka się w oku kręci na wspomnienie pitego jeszcze kilka godzin wcześniej wspaniałego espresso za 70 centów, ale płaczę i piję tę lurę za euro pisiont.
Lepiej czy gorzej udaje mi się jednak, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, dogadać. Już nawet czuję, że się przestawiam na hiszpański i już wcale nie mówię "obrigá". I wtedy pan dziadek w barze na moje "quiero pagar" odpowiada coś po galisyjsku i zupełnie wytrąciło mnie to z równowagi, ale to tak, że nawet ¿qué? nie powiedziałam, ja w ogóle nic nie powiedziałam, tylko musiałam głupio wyglądać, i ten pan dziadek powiedział w końcu "you want to pay?". Po angielsku. Jaki wstyd. Jak Hiszpan mówi do Ciebie po angielsku, to znaczy, że z Twoim hiszpańskim musi być bardzo źle, bo Hiszpan będzie czekał do absolutnej konieczności i bycia pod ścianą, żeby powiedzieć choćby i 'ello po angielsku (to takie hello, w którym Hiszpan myśli, że h jest nieme jak w hola). 
Miejscowi nie mają jednak żadnych oporów w mówieniu po hiszpańsku do biednej nieznającej hiszpańskiego Marty. Kto jej nie zna, to już dla kontekstu tłumaczę, że Marta ma ciemne włosy, ciemne oczy i zdecydowanie nie jest blada. Tworzy się niezwykle zabawna sytuacja, w której to ja jestem tłumaczem tej wycieczki i to ja mówię kelnerce, że poproszę dos cafés, a kelnerka odpowiada Marcie. I oni wszyscy w ogóle do niej mówią, i w ogóle im nie przeszkadza, że głos który mówi do nich dobiega skądś indziej. Najwyraźniej mniej im się wydaje nieprawdopodobne to, że ktoś jest brzuchomówcą, niż że blada blondynka mówi po hiszpańsku. 
Santiago de Compostela to w ogóle jest fascynujące miejsce, w którym mam wrażenie z każdej strony powiewają tęczowe flagi i panuje ogólna atmosfera tolerancji, w czym nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to, że główną atrakcją jest tu olbrzymia katolicka katedra, a miasto przyciąga głównie pielgrzymów. Wyobrażacie sobie coś takiego w kraju nad Wisłą? Że jakaś tęcza częstochowska czy coś w tym stylu? Oh, wait... 
Jakoś żeśmy zeszli na niebezpieczne tematy, a ja bardzo nie chcę po wylądowaniu w Polsce zostać aresztowana, to może coś neutralnego teraz. To może o pogodzie. Pogoda jest tu bardzo kapryśna, ale to akurat mnie nie dziwi, bo przez ostatnie pięć miesięcy mieszkałam w Porto, więc wiem, że w tej części Europy sprawdzanie prognozy pogody to trochę jak wróżenie z fusów - fajna zabawa, ale przecież wszyscy wiemy, że to nie na poważnie. Jest to pogoda, którą ja nazywam zdejmij kurtkę-załóż kurtkę-zdejmij kurtkę-pada. Przyznam, że mało chwytliwa trochę na nazwa, muszę jeszcze nad nią popracować. Tym bardziej, że drugiego dnia pobytu w Galicji ze "zdejmij kurtkę-załóż kurtkę" zrobiło się "zmień długie spodnie na krótkie-zmień krótkie spodnie na długie-zmień długie spodnie na krótkie", a ta nazwa to już w ogóle nie ma flow, ale ma za to w sobie dużo gorzkiej prawdy. 
Tak z podobieństw pomiędzy Galicją a Portugalią to jeszcze niezrozumiała dla mnie miłość do otwierających się do wewnątrz drzwi. I nie mówcie mi, że to po to, żeby nie przywalić nimi stojącemu na zewnątrz, bo narodów które wiecznie łażą całą szerokością chodnika nie podejrzewam o troskę o innych użytkowników przestrzeni publicznej. Chyba, że to jakaś troska wybiórcza, ale nie wiem co to za logika, w której zejść kawałek na prawo to taki problem, ale system w którym żeby wyjść z kibla, to trzeba do niego wejść (do muszli w sensie), to już w sumie spoko.
Ja to w ogóle lubię obserwować miejscowe zwyczaje i konstruować swoje własne slogany a'la foldery biur podróży. Na przykład, Portugalia to wcale nie jest kraj saudade i fado, Portugalia to jest kraj smrodu dorsza w supermarkecie. W Brazylii życie wcale nie toczy się w rytmie samby, tylko w rytm znaków zodiaku (“jaki masz znak zodiaku” to niemalże drugie w kolejności, po jak masz na imię, pytanie które jest w Brazylii zadawane nowo poznanym osobom). Galisyjczycy to z kolei chyba lud jakiejś specyficznej genetycznej wady łokcia, która nie pozwala im na trzymanie telefonu przy uchu. Albo to, albo taka lokalna moda na gadanie przez głośnik idąc ulicą. 
Z ciekawostek to jeszcze sporo tu takich... Nawet nie wiem jak je nazwać. Punktów pierwszej potrzeby? Takich stref z automatami, w których 24/7 można kupić różne rzeczy, na przykład wodę, tytoń, czekoladę, prezerwatywy, wibrator. To już w sumie zależy kogo kiedy jaka potrzeba przyciśnie. 
Nas z kolei przycisnął w Pontevedrze niedobór kofeiny i przekonałyśmy się przy okazji, że Galicja to takie niewinne i nieskalane turystyką miejsce. Pontevedra to takie miasteczko, w którym są stare kamienne domy i rzeka. Starymi uliczkami już zdążyłyśmy się pokręcić, postanowiłyśmy więc celem uzupełnienia rzeczonego niedoboru kofeiny udać się nad rzekę. Liczyłyśmy się z tym, że będzie drożej, ale już trudno, dopłacimy za dobry widok do tej niedobrej kawy. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że nad rzeką wcale nie było drogo. Właściwie to wcale nie było kropka. Nie było ani drogo, ani tanio, bo w ogóle nic nie było, ani jedniuśkiej kawiarni. Oni jeszcze nie wiedzą, że nad wodą jest największy interes. 
Albo może po prostu się nie skapnęli, że rzeka to też woda, bo ze zdzierą nad oceanem nie mają absolutnie żadnych problemów. Ceny na wyspie Cíes były zabójcze, ale na szczęście byłyśmy na to przygotowane i wzięłyśmy ze sobą swój prowiant. A wyspa Cíes okazała się wyspą mew, o czym nie wiedziałam w momencie kupowania biletów. Jakbym wiedziała, to może podjęłabym inną decyzję, bo z mewami to ostatnio mam niezbyt dobre wspomnienia. Najpierw na Azorach natknęłyśmy się z Renią na jakieś dzikie górskie mewy, które chyba chciały nas stamtąd wygonić i tak głośno krzyczały i tak bardzo agresywnie nad nami latały, że aż zaczęłam się ich bać. Wtedy Renata powiedziała, że je wkurza żółty kolor i to może przez moją żółtą bluzę tak wariują. Nie wiem czy to prawda czy mit z tym żółtym, ale wolałam nie ryzykować i bluzę zdjęłam, na co Renia, że niech nie zdejmuję, bo idziemy górską szosą to chociaż widoczne bardziej jesteśmy w tym żółtym, ale ja wtedy stwierdziłam, że potrącenie samochodem to chyba szybsza śmierć niż bycie rozdziobanym przez mewy i ja tu wcale nie mam jakichś zapędów na odgrywanie greckiej mitologii i pójście w ślady Prometeusza i że nie mam zamiaru wkładać z powrotem tej bluzy. A drugi raz to mi mewy zalazły za skórę jak kilka dni temu zostałyśmy z Martą obsrane w Porto przez mewi gang, bo to nie mogła być robota jednostki, ale dalszych szczegółów to może Wam oszczędzę. 
A te mewy z wyspy Cíes, to się okazało, że one lubią zabierać jedzenie. Ale to tak ekstremalnie, że jak się tylko coś jest na wierzchu to zaraz tego nie ma. Byłyśmy świadkiem, jak mewa zgarnęła kobiecie pizzę z talerza, co musiało boleć podwójnie, biorąc pod uwagę tamtejsze ceny. Problem z naszym żarciem był taki, że to był taki lancz w wersji IKEA, czyli zrób to sam, czyli nazywa się to kanapka, ale tak serio to są to dopiero bułki, szynka i ser. I ogólnie to nie pierwszy raz tak robiłyśmy, że jedzonko na łonie natury i kanapeczki wtedy takie świeże, a nie smutne jak Smutne jedzenie w pracy. Tylko nigdy wcześniej nie jadłyśmy tego w takich ekstremalnych warunkach. To był najbardziej stresujący posiłek mojego życia. Tylko zdążyłyśmy wyjąć bułkę z torby, od razu pojawiła się mewa, a na etapie wyciągania szynki nagle znalazła się podejrzanie blisko nas. Schowałyśmy więc żarcie z powrotem do torby i próbowałyśmy to przeczekać, co skończyło się na staring contest my kontra mewa. To była jedna z bardziej absurdalnych sytuacji, jakie dane mi było przeżyć, a to wiele znaczy z moich ust, bo moje życie to właściwie jest takim niekończącym się pasmem absurdów. Ostatecznie robiłyśmy kanapki w torbie. Nie wiem jak, ale zrobiłyśmy. Co prawda w ciężkim stresie, ale jakoś udało nam się je zjeść.
Później połaziłyśmy trochę po szlakach pieszych i przeszłyśmy trzy z czterech, czyli i tak dużo więcej niż ktokolwiek by się po nas spodziewał, na pewno więcej niż my same po sobie się spodziewałyśmy. Poczilowałyśmy też trochę na plaży, a ja ostatecznie przekonałam się o tym, że plaż nie lubię, bo na plaży jest pełno piasku i ten piasek się przykleja wszędzie i ludzie znoszą to cierpienie w imię przyszłej opalenizny, ale spójrzmy prawdzie w oczy, ja i opalenizna - not gonna happen, mogę co najwyżej się nabawić poparzenia słonecznego drugiego stopnia (co wcale nie jest żartem, takiego poparzenia nabawiłam się w Lizbonie, w zeszłym roku, w pewien pochmurny dzień). Więc nie ma żadnego tam leżenia i relaksu, tylko się dosmarowuję kremem co chwilę, co sprawia, że ten cholerny piasek tylko bardziej się do mnie lepi. Jedyną fajną rzeczą na plaży jest woda, w której nie omieszkałam się zamoczyć, tylko zapomniałam, że nie mam nic na przebranie, a też nie uśmiechało mi się chodzić do końca dnia z dwoma mokrymi od stroju plamami na koszulce. Kojarzycie jak ludzie sobie przywiązują sznurówkami buty do plecaka. To ja na podobnej zasadzie przymocowałam do torby górę od stroju. Niezmiernie to śmieszyło mijające mnie hiszpańskie dzieci. Ale wyschło? Wyschło. 
Po całym dniu przygód na wyspie, zmęczone słońcem, upałem, strachem przed mewami i świadomością, że piwo w barze kosztuje pewnie z pięć euro, wróciłyśmy do Vigo i właśnie w Vigo spędziłyśmy kolejny, ostatni już dla nas dzień w Galicji. A w Vigo piwo nie kosztowało pięć euro, wręcz przeciwnie, kosztowało 2,20 i to w gratisie dorzucali do niego jeszcze tapasy. Żyć nie umierać. W ogóle bardzo szanuję ten galisyjski zwyczaj dorzucania jedzenia do picia – później jeszcze do kawy dostałyśmy muffinki, a do soku pomarańczowego croissanty. 
Nie szanuję za to narodowego nałogu Hiszpanów, palenia. Cały ten kraj po prostu śmierdzi fajami. I dla przeciętnej osoby niepalącej będzie to po prostu upierdliwy dyskomfort, ale dla osoby, jak ja, uczulonej na wszystko, ten wszechobecny smród to jak schody ruchome jadące w dół prosto do piekieł. A moim osobistym piekłem jest katar alergiczny. Wyglądam wtedy jak człowiek bez oczu, a czuję się jak człowiek bez życia. Albo gorzej, jak człowiek, który nie ma na nic siły, ale go właśnie zmuszają do życia. Kojarzycie to uczucie, kiedy kręci w nosie i wiecie, że kichnięcie jest tuż za rogiem? A to uczucie tuż po kichnięciu, jak macie nos pełen smarków, zanim zdążycie go wydmuchać? To teraz wyobraźcie sobie oba te uczucia na raz. Non stop. Przez cały dzień. Tak właśnie się czułam, kiedy ostatniego dnia mój organizm nie wytrzymał wszechobecnego dymu. I czułam się tak okropnie, że nawet nie miałam siły się śmiać się z podsłyszanej konwersacji pomiędzy hiszpańskim kelnerem i portugalską parą, w której to Portugalczykom wydawało się, że mówią po hiszpańsku (nosotros también gostamos), a Hiszpanowi, że mówi po portugalsku (lo miszmo). Nie mogłam się więc doczekać aż dotrę z powrotem do Porto i położę się w swoim portueńskim łóżku i będę sobie cierpieć w spokoju. 
Bardzo się więc ucieszyłam, kiedy autobus dotarł do celu całe pół godziny przed planowaną godziną przyjazdu. Niestety straciłyśmy te pół godziny, a nawet więcej, czekając na autobus widmo, który nigdy nie przyjechał. Ale to bardzo normalny objaw soboty w Porto, albo w sumie jakiegokolwiek dnia w Porto. To tylko nam tam bardziej na północ się w dupach poprzewracało i sobie wyobrażamy, że jeśli w rozkładzie jest, że autobus przyjedzie o 19.40, to on o tej 19.40, albo ewentualnie lekko spóźniony, tak do 19:45, przyjedzie. Ale mimo wszystko zapewniam Was, że jak za kilka dni będę już w słoicy kraju nad Wisłą, to kiedy autobus miejski podjedzie na przystanek wtedy, kiedy powinien, to łezka mi się w oku zakręci z tęsknoty za tymi południowymi autobusami widmo.

Komentarze

Popularne posty