zawijając do portu

Kilka tygodni temu szłyśmy z Renią przez Nowy Świat. Prawdopodobnie na zajęcia z portugalskiego. Prawdopodobnie spóźnione. I ona tak nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, zapytała mnie: "Junko, a ty jak myślisz 'dom', to gdzie to jest?"

Zabiła mnie kompletnie tym pytaniem. “Nigdzie. Ja jestem mentalnie bezdomna.” I tak jest. Nie utożsamiam się jakoś bardzo silnie z żadnym miejscem. Na pewno nie z tym, z którego pochodzę – jego wartość zamyka się dla mnie w tym, że dalej mieszkają tam moi rodzice i bracia. Gdyby nie to, mogłabym nigdy tam nie wracać. Warszawa? Nie wiem, zawsze dobrze mi było w Warszawie, ale jakoś tak czuję się, jakbym zawsze była tam tylko przejazdem. Olsztyn? Nowy Jork? São Paulo? Którekolwiek z miejsc, w których mieszkałam?  

Nie. Żadne z nich nie jest dla mnie “domem”. Ale jest jedno takie, do którego zawsze będę wracać.  

Wylądowałam wczoraj na lotnisku w Porto po raz jedenasty w swoim życiu. Wciąż pamiętam, jak było, kiedy wylądowałam tam po raz pierwszy. Nie wiedziałam gdzie iść, co robić. Miałam ciężkie walizki i zero rozeznania w terenie, więc podjęłam najgorszą chyba (a na pewno najbardziej kosztowną) możliwą decyzję – wzięłam taksówkę. Nie ubera. TAKSÓWKĘ. Pani taksówkarka była okropnie niemiła i ja to zapamiętam do końca życia, bo to był mój pierwszy dzień w Porto, miałam tu spędzić pół roku albo i nawet cały i przed przyjazdem bardzo się stresowałam, że mój portugalski nie jest wystarczająco dobry, a ta wstrętna baba tylko ten stres podsyciła. Podałam jej adres, a ona pyta, jaka to dzielnica. Ja mówię, że Aldoar. A ona pyta, bardzo niemiłym tonem, gdzie w Aldoar. I ja już zestresowana, potykam się o każde słowo, i próbuję wydusić z siebie, że ja nie wiem, że ja tu pierwszy raz, że tylko mam ten adres. I ona wtedy powiedziała, a właściwie wręcz wykrzyczała “IF YOU CAN’T SPEAK PORTUGUESE, DON’T SPEAK PORTUGUESE”. Wredna suka. Na szczęście było to chyba jedyne tak ekstremalnie złe w skutkach moje spotkanie z osobą narodowości portugalskiej. Owszem, przez pierwsze trzy miesiące mojego mieszkania w Portugalii każdy, ale to KAŻDY Portugalczyk odpowiadał mi po angielsku, kiedy ja mówiłam do nich po portugalsku. Ale kluczem do sukcesu jest nie poddawać się i ciągle uparcie mówić do nich po portugalsku. I może jeszcze złapać miejscowy akcent. Wtedy dalej mówią do ciebie po angielsku tak z automatu (jeśli masz blond włosy), ale jak tylko odezwiesz się po portugalsku, to zaczynają przepraszać, że wzięli cię za cudzoziemca (co za każdym jednym razem niezmiernie mnie śmieszy, chociaż może nie powinno – nie wiem, co według Portugalczyków jest tak okropnie uwłaczającego w byciu nie-Portugalczykiem, ale coś najwyraźniej jest).  

Teraz wyszłam z lotniska na pewniaka. Wiedziałam, gdzie jest wyjście, gdzie jest metro, gdzie jest autobus. Było jednak późno, ja miałam ciężkie torby, a z metra do mojej miejscówki trzeba później iść pod górę.   

Do mojej miejscówki. Mojej. Tym razem dobrze wiedziałam dokąd jadę. Kiedy tylko stało się pewne, że tak, że wracam do Porto, od razu postanowiłam, że jeśli się da, to wrócę do tego samego mieszkania, w którym mieszkałam wcześniej. Owszem, ma ono swoje wady. Internet działa tylko w salonie – ale dzięki temu mniej zalegam oglądając Netflix. Nie jest super blisko do centrum, ani nawet do metra – ale za to jest blisko nad ocean, co nie wiem, czy jest zaletą czy wadą w sumie, bo jak masz bliżej na plażę niż na uczelnię, to życiowe wybory stają się niezwykle trudne. I zimno w nim przeokropnie – ale pokażcie mi mieszkanie w Porto, w którym nie jest zimno. I właściciel, senhor António, niezależnie od tego, ile razy upominałabym go, że to nie prawda, uparcie myśli, że jestem Hiszpanką. (Kiedyś nawet powiedział tak dziewczynie, która później stała się moją współlokatorką. Problem był taki, że ona naprawdę była Hiszpanką, więc kiedy po raz pierwszy ją spotkałam, to zaczęła do mnie hablać po hiszpańsku. A ona była z Andaluzji. Nie iem czy kieyś Wam się zdarzyo romawia z kim z Andalui, ale to bmi mnie wiece tak po hipanku, ni chua nie mona zroumie.)  

Z zalet jednak, jest tam w miarę tanio. Blisko nad ocean. Pokój jest dość duży. Trzy osoby mieszkają w mieszkaniu, a nie jak w mojej lizbońskiej komunie dziesięć czy ile tam. Senhor António jest bardzo miły i bardzo go lubię. A przynajmniej lubię go wtedy, kiedy nie pyta mnie o bezrobocie w Hiszpanii.  

Ale tym razem najważniejsze dla mnie było to, że będę wracać do miejsca, które znam. Z którego wiem jak gdzie dojść – i do metra, i do autobusu, i na plażę, i do spożywczaka też. I nawet jak mnie kierowca ubera zapyta, gdzie to dokładnie jest, to wiem co mu powiedzieć. Mogę robić za gps. Zamawiałam więc tego ubera bez stresu, że ktoś na mnie nakrzyczy.   

Kiedy wyjeżdżałam z Porto półtora roku temu, to opowiadałam kierowcy, który wiózł mnie wtedy na lotnisko, że ja teraz wyjeżdżam, bo muszę, a nie, bo chcę. I że kiedyś na pewno tu wrócę. I on mi powiedział, żebym wracała, że on mnie wtedy z lotniska do domu zawiezie. I kiedy aplikacja uberowa powiedziała mi, że mój kierowca jest w drodze, prawie pisnęłam. Bo oto moim oczom ukazał się TEN SAM KIEROWCA. Jakie było prawdopodobieństwo, że to się zdarzy? Nie wiem, bo matematykę zostawiłam za sobą wiele lat temu. Wiem, co sobie pomyślicie – to na pewno nie ten sam, wydawało ci się, poza tym wszyscy Portugalczycy są tacy sami i co czwarty nazywa się Bruno*. To silny argument, nie powiem, ale to NAPRAWDĘ BYŁ TEN SAM. Nawet uderzyłam z nim w gadkę na ten temat, i on powiedział, że kojarzy taki motyw, że jakaś laska w drodze na lotnisko się zarzekała, że wróci. W to akurat, że pamiętał, średnio mu wierzę. Myślę, że powiedział tak, żeby dostać pięć gwiazdek, bo zaraz po tym zapytał, czy odpowiada mi temperatura w samochodzie. Ale ja i tak wiem, że to był on. I to był dobry znak. To znaczy, że moim przeznaczeniem było wrócić. No dobra, ja właściwie to nie wierzę w przeznaczenie, ale jestem w kraju fado**, więc trochę chyba uległam presji otoczenia.   

I po drodze kojarzyłam każdy zjazd, każdą ulicę. Czekałam, aż wjedziemy na rondo w okolicy stacji Francos, ale kierowca wybrał jednak inną trasę. A to cwaniaczek. Ale tę trasę też znałam, wyjedziemy przy stacji benzynowej już prosto na Avenida da Boavista. A tam to już znam każdy dom, każdy płot, na chodniku każde pęknięcie.   

Jesteśmy pod drzwiami z numerem 300. Wysiadam z ubera, zabieram z bagażnika walizki. Dzwonię do mieszkania na drugim piętrze. Otwierają się drzwi. Z góry senhor António świeci latarką, bo przecież światło na schodach dalej nie działa. Wchodzę na górę. “Dobry wieczór, dobry wieczór, no co ja tu będę pokazywał, wszystko wiesz gdzie co jest, nic się nie zmieniło… Tu masz klucz, co tam jeszcze… Aha, włączyłem grzejnik, bo zimno tu u nas teraz strasznie. A w Hiszpanii jaka teraz pogoda?”  

Nie wiem gdzie jest “dom”, ale aqui estou em casa.     



*Jest to statystyka zdjęta z sufitu. Mówiłam przecież, że się już nie bawię w liczby. 
**Dla nieportugalskojęzycznych i w ogóle tych co to nie oddychają saudade****, fado to gatunek muzyczny, ale dosłownie znaczy to przeznaczenie. 
*** “tutaj jestem w domu” 
****Too much to explain.

Komentarze

Popularne posty