północne myśli nieuczesane

Postawiłam już ostatnie w tym semestrze odwrócone znaki zapytania i wróciłam, na krótką chwilę, do myślenia w jednym tylko języku. Zasiadam więc do komputera w celu napisania słów kilku (tudzież kilku tysięcy, znając siebie samą) o mojej grudniowo-styczniowej wycieczce na północ Europy. Problem jednak z pisaniem o czymś, co wydarzyło się miesiąc temu, jest taki, że… się tego po prostu dobrze nie pamięta. Mam mnóstwo notatek w telefonie, ale pisałam je (jak zwykle) skrótami myślowymi i niestety teraz nie wszystkie z nich jestem w stanie rozwikłać. No bo co autor (c’est moi) mógł mieć na myśli pisząc “klikanie w telefon to jak Mickiewicz”? Konia z rzędem temu, kto wie. Ja nie wiem. Na szczęście jednak niektóre z moich notatek są mniej enigmatyczne i nie dotyczą jakichś rozterek egzystencjalnych (jak zapewne ta o Mickiewiczu, bo w jakim innym kontekście można myśleć o Mickiewiczu?) i coś tam jestem w stanie z nich odtworzyć. Może nie dokładną relację, dzień po dniu, godzina po godzinie, żart po żarcie, ale może to i lepiej, bo to jednak były bardzo intensywne dni, podczas których odwiedziłyśmy aż cztery różne kraje. Następują więc migawki z podróży.     




Trochę gardzę wyjazdami zorganizowanymi, ale jednak na taki pojechałam, bo tanio. Kto był kiedykolwiek na północ od Gdańska w linii prostej, ten wie, że tam płacisz i płaczesz. Pojechałam więc na wycieczkę zorganizowaną. Na dodatek, o zgrozo, studencką. Na szczęście nie sama, miałam pod bokiem dzielną towarzyszkę podróży, z którą udało mi się stworzyć wspólny, antytowarzyski front. My tam nie jechałyśmy poznawać przyjaciół, ani takich na całe życie, ani takich od kieliszka na czas wyjazdu, my tam pojechałyśmy zmarznąć (no bo kto normalny jedzie NA PÓŁNOC ZIMĄ) i zobaczyć ładne miejsca. I popłakać przy płaceniu za cokolwiek. Byłyśmy jednak w pełni świadome, z czym wiąże się taki studencki wyjazd – z autokarem pełnym ludzi, którzy pić zaczynają już na parkingu w Warszawie i kończą… dopiero na parkingu w Warszawie. I w międzyczasie bardzo głośno krzyczą i śpiewają disco polo i takie tam. Co kto lubi, my miałyśmy słuchawki i serial na tablecie do obejrzenia, i oni tam na tyle niech piją, ani nas to ziębi ani grzeje. A jednak nie mogłam nie zwrócić uwagi na pewną subtelną ironię sytuacji. Mianowicie: rzygane było jeszcze przed granicą. Nastąpił więc w pewnym momencie postój awaryjny autokaru. I tak patrzyłam, jak prowadzą tę półprzytomną laskę, i myślę sobie, że oho, ktoś tu właśnie jedzie do Rygi w każdym możliwym tego wyrażenia znaczeniu.  

***  

Motywem przewodnim Rygi był dla mnie język rosyjski. Bo wszyscy mówili do nas po rusku. Wiecie, Ci naganiacze do restauracji, ludzie w kramach z grzanym winem, sprzedawcy pamiątek próbujący zachęcić nas do kupna ultra drogich “ręcznie robionych” wełnianych rękawic (to znaczy one być może i są robione ręcznie, ale raczej chińskie niż łotewskie ręce je robiły). Wszyscy, wszyscy do nas, że dziewaczki zdrawstwujcie kupcie coś od nas. I oni tak ochoczo do nas gawarili i nie wiem, czy nie zdawali sobie sprawy z popełnianego przez siebie faux pas, czy po prostu nic sobie z tego nie robili. No ale ludzie, no jak tak można. Do Polaka po rosyjsku? To jakby do Portugalczyka powiedzieć “gracias”. No takich rzeczy to się po prostu nie robi.  

***  

Na promie, którym płynęłyśmy z Rygi do Sztokholmu dalej konsekwentnie realizowałyśmy swój plan nieintegrowania się z grupą. Włączyłyśmy sobie więc w kajucie nasz serialik (You, polecam, Lonely Boy z Plotkary gra psychola, który stalkuje pewną laskę – czyli w sumie prawie jak w Plotkarze – ale mu z tym do twarzy) i postanowiłyśmy uraczyć się trunkiem. Do wyboru miałyśmy: jacka z colą albo jacka bez coli. Jackiem z colą gardzimy prawie tak bardzo jak zorganizowanymi wycieczkami, ale alternatywą był jack, co prawda bez coli, ale i też bez lodu, a skoro już i tak byłyśmy na zorganizowanej wycieczce, to postanowiłyśmy dalej iść w tę hipokryzję.  

***  

Szwecja, ach Szwecja! Należy w tym miejscu wspomnieć, bo nie wszyscy może o tym wiedzą, że ja Szwecję kocham. Kocham ją taką miłością jak ten gość z tego serialu – miłością nieco psychiczną. Szczególnie w oczach Szwedów. Zachowawczy Szwedzi mają przerażenie w oczach, kiedy mówię “BOŻE JESTEŚ ZE SZWECJI? MÓW DO MNIE PO SZWEDZKU PROSZĘ!”. Ale nic sobie z tego nie robię. Szwecja to jest bowiem w moich oczach takie miejsce, gdzie trawa naprawdę jest bardziej zielona. Chociaż może nie sama trawa, ale już drzewa to na pewno! I wszystko jest tam takie piękne i ten język tak cudownie dziwny. Kocham wszystko co szwedzkie. A kiedy już udaje mi się pojechać do tego kraju, to tak jakbym dotarła do mojej prywatnej Mekki, i chce mi się wtedy śpiewać Abbę i wykrzykiwać nazwy mebli z Ikei. Nie rozumiem, dlaczego Szwedzi mają mnie za nienormalną.  

***  

Wszystko w Szwecji kocham. No może poza cenami. Może gdybym dostawała szwedzką pensję, może wtedy nie wydawałyby mi się takie straszne. W tym momencie przerażają mnie jednak niemalże tak bardzo, jak moja miłość do kraju kiszonego śledzia przeraża tych biednych zlęknionych Szwedów. Chciałabym w Szwecji kupić wszystko, bo tam wszystko jest takie piękne, ale ledwie wygrzebuję kilka(dziesiąt) koron na magnes z Dalahäst. Zrobiłyśmy więc z Martą coś, czego nikt by się po nas nie spodziewał, a już na pewno czego nie spodziewałybyśmy się same po sobie: zjadłyśmy w macu. My, dwie największe hejterki jedzenia w podróży fast foodów i nie korzystania z kolorytu miejscowej kuchni. Tyle tylko, że na ten szwedzki koloryt to nas nie stać. A na szwedzkiego maca to i owszem. Wzięłam jednak frytki z batatów, zamiast takich zwykłych, w żałosnej próbie ratowania swojego honoru jedzeniowego snoba.

***  

Finlandia była z kolei fascynującym doświadczeniem lingwistycznym. Nie pamiętam kiedy ostatnio znalazłam się w sytuacji, w której nie rozumiałam absolutnie nic. Bo znam parę języków, jedne dobrze, inne gorzej, jeszcze inne w ogóle, cytując klasyka. I tego języka właśnie nie znam w ogóle. Mało tego, nie znam żadnego języka, który byłby choć trochę do niego podobny. Bo wiecie, na przykład teoretycznie nie znam włoskiego, ale jak byłam we Włoszech, to rozumiałam wiele z tego, co do mnie mówili, a sama próbowałam mówić portuñolem z włoskim akcentem, i w połowie przypadków się udawało. W drugiej połowie przypadków zamawiałyśmy “meio… medio… no, mezzo! mezzo litro vino bianco” i dostawałyśmy czerwone. Ale w Finlandii to nawet nie podejmowałabym takiej próby, bo ten język nie przypomina niczego, co znam. Jeśli chcielibyście poczuć się jak wysłani na obcą planetę, to polecam wyjazd do Finlandii. Chociaż, właściwie, może taniej byłoby jednak wystrzelić się w kosmos.  

***  

O Tallinie wiedziałam jedno: mają tam hipsterską dzielnicę drewnianych domków. To znaczy, dzielnica najpierw była drewniana, a później upatrzyli ją sobie hipsterzy. Wiem, bo na pierwszym roku studiów chodziłam na ogun o Estonii. I tylko tę jedną rzecz z niego zapamiętałam. I nawet pracę zaliczeniową na ten temat pisałam. To był pierwszy i zapewne ostatni raz w mojej karierze akademickiej, kiedy udało mi się w pracy użyć słowa “instagramability”.  W ogóle to bardzo fajne uczucie jest, jak się człowiek o czymś tak abstrakcyjnie uczy, a później może gdzieś pojechać i to na własne oczy zobaczyć. Szkoda tylko, że rzeczy, którym w swoim życiu poświęciłam najwięcej uczeniosięgodzin, czyli wszystkich tych Quetzalcoatli i innych Huitzilopochtli*, nie będę mogła nigdy zobaczyć. No chyba, że pojadę kiedyś do Ameryki Środkowej. Na pejotl.

*Uwaga, żart hermetyczny. Kto studiował na Iberze, ten zrozumie. Kto nie studiował… wybaczcie, ale nawet nie wiedziałabym od czego zacząć próbę wytłumaczenia tego.

Komentarze

Popularne posty