zmiana klimatu

O ludziach-papugach, kawasach i herbatasach i o tym, jak prawie wpadłam pod litewski samochód.  

Na pierwszym albumie Paktofoniki, zwącym się Kinematografia, ścieżka numer siedem to utwór o wzniosłym tytule “Popatrz (uliczny reportaż z dworca)”, w którym to utworze ostatnie trzydzieści sekund to powtarzane do akompaniamentu beatboksu słowa: “piździ… p, p, p, piździ…”. I ten oto wspaniały utwór, moi drodzy, mógłby być dla mnie hymnem ostatnich dni.  

W Brazylii zdążyłam ponarzekać na zimne noce brazylijskiego przedwiośnia, na upały ponarzekać nie zdążyłam, bo mi się moja brazylijska przygoda przedwcześnie skończyła. Jak napisałam ostatnio w wiadomości do mojej drogiej koleżanki Ewy, “to długa historia, zawierająca w sobie między innymi dwa tygodnie w brazylijskim szpitalu, ale to chyba do opowiedzenia przy kawie tudzież winie”. Kto chce szczegółów – przyjmuję zaproszenia na kawę tudzież wino.   

W każdym razie, wróciłam na tę szerokość geograficzną, gdzie o tej porze roku człowiek zamienia się w nietoperza i żyje w ciemności. Ja to najchętniej zamieniłabym się w niedźwiedzia, który zwija się w słodką kuleczkę i tę zimową ciemność i zimność przesypia. Ale miś wcale nie jest moim spirit animal, moim spirit animal jest pingwin. Nie wiem, czy trafiliście kiedyś w odmętach internetu na filmiki z wypierdzielającymi się na antarktycznym lodzie pingwinami, ale ja zapewniam, że one istnieją, i że są one złotem. Wszelkie śmieszne koty uciekające od ogórków odpadają przy niezdarnych pingwinach. Ja się z tych pingwinów śmieję przez łzy, bo zdaję sobie sprawę, że tak to właśnie musi wyglądać, kiedy ja się wykładam na śliskim chodniku. I tak jak ja się śmieję z tych pingwinów, tak ze mnie śmieją się moi znajomi.  

W Warszawie jeszcze nie ma śniegu, lodu i innych tego rodzaju “dobrodziejstw” zimy. Z czego należy się cieszyć i zaciskać kciuki, żeby ten stan trwał jak najdłużej, a nie wybierać się na północ w poszukiwaniu zimy. Ale ja chyba mam w sobie jakieś masochistyczne skłonności, bo wiecie o zrobiłam? Pojechałam na północ, gdzie jeszcze większa zimność, gdzie jeszcze większa ciemność i gdzie lód ściele się gęsto po chodnikach.  

W piątek rano wyruszyliśmy wesołym busem z Warszawy na północ – Sania i jej rodzice, Marta i ja. I jeszcze sterta ciuchów, bo oficjalnym powodem wyprawy był Sani pokaz.   

W ogóle to nie powinnam pisać o niej “Sania”, bo to nie jest żadna tam Sania, proszę państwa, to jest Sandra Magdalena i ona jest teraz projektantką z dorobkiem i portfolio i oficjalnym profilem na Instagramie i ja jestem z niej przeokropnie dumna! I w ramach tej dumy i przyjacielskiego wsparcia wybrałam się z nią na tą Litwę, coby kciuki za nią trzymać na konkursie dla młodych projektantów. I też po to, żeby móc jej osobiście życzyć szczęśliwej dwudziestki piątki, bo jej urodziny wypadały właśnie w dzień pokazu. Ostatecznie życzyłam jej zamiast szczęśliwej dwudziestki piątki szczęśliwej “zet piątki”. Bo ja bardzo chciałam, żebyśmy jej dały takie błyszczące balony, ale akurat w Tigerze nie mieli dwójki… Marta powiedziała, że “daj spokój, na pewno się nie sklei, tylko się nie wymul”. Wcale się nie wymuliłam, ale Sania się jednak skleiła. No ale cóż to, miałyśmy dobre chęci, w końcu zet piąte urodziny obchodzi się tylko raz w życiu.  

W tym momencie tego wpisu powinna nastąpić relacja z pokazu. Nie wiem, czy tylko ja tak mam, czy Wy też, ale moje teraźniejsze ja bardzo lubi się wyśmiewać z różnych moich przeszłych ja. I teraz na przykład moje prawie już dwudzedziestosześcioletnie ja ma niezły ubaw z mojego siedemnastoletniego ja, które marzyło o tym, żeby pisać dla polskiego Vogue’a, jeśli kiedyś się takowy ukaże. Vogue polski istnieje, ja nie kupiłam ani jednego numeru, bo mi szkoda na makulaturę pieniędzy. Od tamtego czasu zdążyłam natomiast, większym lub mniejszym przypadkiem, być na kilku feszyn wydarzeniach i stwierdzić z całą pewnością, że to nie jest środowisko, w którym kiedykolwiek dobrze bym się czuła. Właściwie to żadne środowisko, które jest “środowiskiem” nie wydaje mi się jakoś przyjazne. Bo ja po prostu bardzo nie lubię ludzi, którzy, jak to się mawia w kręgu moich znajomych, “srają bursztynem”. Bardzo ciężko jest mi wytłumaczyć dokładne znaczenie tego wyrażenia, ale wyobraźcie sobie coś pomiędzy “wyżej sra niż dupę ma” i człowiekiem ubranym w futro z papugi. Ludzie, którzy pławią się w kąpieli z szampana wymieszanego z ich własną zajebistością nie są ludźmi, którzy wzbudzają moją sympatię ani w ogóle moje cokolwiek. Tu kończy się moja relacja ze ściankowo-towarzyskiej części wileńskiego pokazu. Jeśli chodzi o część merytoryczną, to się po prostu na niej nie znam, a wygrały kolekcje, które w ogóle mi się nie podobały. Tu kończy się więc całość relacji z pokazu.  

Poza pokazem i zet piątymi urodzinami Sani, Wilno było tradycyjnym weekendowym wypadem w naszym wydaniu. Czyli po prostu ciągałyśmy się od knajpy do knajpy i od kawiarni do kawiarni i przy okazji rzucałyśmy okiem na zabytki, które akurat, tak się składa, leżały gdzieś na naszym gastronomicznym szlaku. To jest taki syndrom, który ja nazywam “o patrz, to z dziurą to chyba stare i ważne”. To był Panteon w Rzymie. Obok była zajebista pizzeria. Szukaliśmy pizzerii, ale Panteon przy okazji tez zahaczyliśmy (i nawet ostatecznie doszliśmy do tego, że “to stare z dziurą” to właśnie Panteon.)

Usiadłyśmy więc jednego wieczora w miło wyglądającej księgarnio-kawiarni i zamówiłyśmy kapuczinasy.  

Każdy, kto kiedykolwiek uznał czeski za śmieszny język, powinien bliżej przyjrzeć się litewskiemu. Ja wiem, że jestem lekko skrzywiona zawodowo i że nie każdego aż tak bardzo zajmują w życiu morfologie języków obcych, ale ludzie kochani, to jest takie zabawne, że oni do wszystkiego dodają na końcu “as”! Takie słowa jak kotletas, kompotas, bufetas czy bankomatas totalnie brzmią jak wymyślone, a totalnie wymyślone nie są. Gdyby nie to, że już i tak mam neverending listę języków do nauczenia się, na szczycie której znajduje się hiszpański, który teoretycznie powinnam już znać, to rzuciłabym wszystko i zaczęłabym uczyć się litewskiego. Na kawiarnianym menu było espresas, sirupas i late makijatas, a flat white wrzucili w cudzysłów. Nuda, bo mogli zrobić np. flat łajtasa z tego. W bufetasie na pokazasie (no dobra, pokazas to już moja inwencja twórcza) był np. cinnamon rolls’as. Można? Można.   

Inna kawiarnia, do której się wybrałyśmy, nazywała się Taste Map. Kawiarnia z mapą. Kawa i mapa. Dorzućcie do tego jeszcze jakiś język obcy i byłoby to idealne miejsce dla mnie… a nie, czekaj, język obcy był, bo to przecież litewska kawiarnia była! Tak, to było idealne dla mnie miejsce. Absolutnie musiałyśmy się tam wybrać.   

Po drodze minęłyśmy żydowską bajglarnię (czy istnieje jakieś bardziej profesjonalne określenie na miejsce z bajglami?) i nawet zdążyłyśmy się oburzyć, że jak to zamknięte, my to miałyśmy na swoim gastronomicznym szlaku, a to zamknięte! Później zdałyśmy sobie sprawę z tego, że jest sobota, a bajglarnia jest żydowska, dodałyśmy dwa do dwóch i odeszłyśmy kontemplując przez chwilę nad własnym nieogarnięciem. Jeszcze później znalazłyśmy inną, nieżydowską bajglarnię.   

Ale kawiarnia Taste Map na szczęście nie była żydowska i była otwarta w sobotę. I poszłyśmy tam, i wypiłyśmy dobrą kawę, i zrobiłam Marcie ładne zdjęcie pod mapą. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że w tym czasie, kiedy my tam siedziałyśmy, to zdążyło napadać takiego “warmińskiego szajsu”. Jest to określenie, które ukradłam z książki Miłoszewskiego pod tytułem “Gniew” i używam jak zła, bo to jest określenie idealne. Kto kiedykolwiek mieszkał w Olsztynie, czy w sumie gdziekolwiek w warmińskim mikroklimacie, ten na własnej skórze doświadczył padającego z nieba warmińskeigo szajsu – ni to deszcz, ni to śnieg, ni to skraplająca się mgła, w sumie to nawet nie widzisz za bardzo jak to pada, tylko po pięciu minutach przebywania na zewnątrz masz okropnie zwilgotniałe ciuchy, a jeśli nosisz okulary, to całe one są pokryte kroplami… warmińskiego szajsu właśnie. Okazało się, że warmiński szajs nie jest wcale zjawiskiem endemicznym, bo na Litwie też taki mają. I on właśnie wtedy padał.  

Warmiński szajs przy temperaturze dodatniej jest po prostu upierdliwy. Ale przy ujemnej zaczyna być groźny. A w Wilnie było -4 stopnie.   

I tutaj następuje klamra kompozycyjna tego wpisu, bo teraz, drogi czytelniku, wracasz myślami i pamięcią do jego początku, kiedy to pisałam o wypierdalających się pingwinach.   

Jak wyszłyśmy z tej kawiarni, to cholernie się zrobiło ślisko. Kojarzycie te momenty, kiedy chodnik łączy się z podjazdem, i zamiast krawężnika/klombika/czegoś-co-oddziela-chodnik-od-jezdni pojawia się spad? To w takim właśnie miejscu obudziło się we mnie zwierzę. Wylazł na powierzchnię mój wewnętrzny pingwin i zaczęłam się ślizgać po lodzie. I nie mogłam się zatrzymać, tylko ślizgu ślizgu coraz dalej w stronę jezdni. Marta inteligentnie zauważyła wtedy, że “Junko, zaraz wpadniesz pod samochód”. Dzięki, stara, nie zauważyłam.   

Na szczęście spad zamienił się w powierzchnię płaską tuż przed jezdnią i na tej powierzchni płaskiej zdołałam się zatrzymać. Nie było więc na Litwie następnego dnia nagłówków “Polka myśląca, że jest pingwinem, wpadła pod samochód na ulicasy takiej a takiej”. I przeżyłam.

Na szczęście, bo to byłoby bardzo denerwujące, gdyby po tym, jak nie zabiło mnie brazylijskie zapalenie opon mózgowych, zabiłby mnie zamarznięty na chodniku litewski szajsas. 

Komentarze

Popularne posty