najbardziej pechowy człowiek świata

Są tacy ludzie, którzy robią w życiu różne szalone rzeczy, mówiąc “a co może się stać złego?”. I przeważnie nic się nie dzieje. I oni są przykładem na to, że nie ma co się bać własnego cienia i że życie to trzeba za rogi i inne takie. I ja jak najbardziej taką strategię życiową popieram i w sumie nawet wyznaję, tylko ja omijam tę część z pytaniem. Bo ja nie chcę kusić losu, wszechświata, karmy czy czego tam. Bo jak ja rzucam w przestrzeń takie pytanie, to los, wszechświat, karma czy co tam traktują to jak wyzwanie i podnoszą tę rękawicę. I nawet nie to, że mi los, wszechświat, karma czy co tam zaraz swym paluchem pokazuje, że o popatrz, o tutaj, to tutaj właśnie, to może pójść źle. I pójdzie. Trzy, dwa, jeden i… Nic z tego. Żeby tylko. We mnie od razu napierają wszystkie możliwe pechowe przypadki, jeden po drugim.  

Moja przyjaciółka, Czeszko-Holenderko-obywatelka-świata o imieniu Caissy, zawsze nazywa mnie najbardziej pechową osobą na świecie. I o ile uważam to za grubą przesadę, to nie mogę jednak zaprzeczyć, że dziewczyna ma silne argumenty po swojej stronie. Bo to ja będę tą osobą, której dokumenty zaginęły. To ja będę osobą, której karta SIM nie chce działać. To ja będę musiała wyjechać wcześniej z Erasmusa, bo mój wykładowca wymyślił sobie, że jak nie napiszę 30 maja, wtedy i tylko wtedy, jakiegoś testu, to będę musiała powtarzać rok. To mnie pogryzą komary, to ja zgubię pieniądze, to mój lot zostanie odwołany, to ja spadnę ze schodów czy skręcę kostkę. I choć czasami pechowe sytuacje obejmują większą grupę ludzi, to nie dość, że ja się oczywiście w tej grupie muszę znajdować, to zapewne będę miała najgorzej. Przykład? Nie tylko na mnie w Porto pada. I nie tylko pode mnie. Ale zapewne tylko ja się wyłożę na tym śliskim chodniku.   

Caissy jest tym typem osoby, która mówi “a co złego może się stać?”, która nie mając ani planu ani nadmiaru pieniędzy kupuje bilet w jedną stronę i leci. Ja gdybym zapytała “co złego może się stać?” i spontanicznie kupiła za ostatnie pieniądze bilet w jedną stronę, to pewnie akurat wybuchłby wulkan na Islandii i ani bym nigdzie nie pojechała ani nie miała za co żyć na miejscu.   

Czasami jednak przydarza mi się opcja “szczęście w nieszczęściu”. I wtedy wszystkim o tym opowiadam, że patrz, no kwas, ale jeszcze z dwojga złego, to dobrze, że tak, a nie inaczej. Dwa lata temu pod koniec letniej sesji egzaminacyjnej trafiłam do szpitala i nagle okazało się, że muszę być natychmiast operowana. Ogólnie nic fajnego, bo nie dość, że szpital, choroba, operacja, nerwy, infekcje, to jeszcze na dodatek ta sesja mi się przeciągnęła na wrzesień. Ale to była taka choroba, którą musiałam mieć już długo, ona po prostu w tamtym momencie wylazła. I ja wtedy tak leżałam w tym szpitalu i myślałam o tym, że skoro już tak się stało, to jak dobrze, że teraz, póki jestem jeszcze w Polsce, a nie trzy miesiące później, jak będę po drugiej stronie Europy. I to było właśnie to szczęście w tamtym nieszczęściu.  

Albo opcją “szczęście w nieszczęściu” jest też jak podczas przeprowadzki z Portugalii do Brazylii gubię okulary korekcyjne, ale na szczęście mam jeszcze drugie, i na szczęście te zgubione to były te tańsze.   

Jest też taka opcja, która jest bardzo rzadka, i jak się zdarza, to ja miesiącami to wszystkim opowiadam, bo nie mogę uwierzyć w to, co się właśnie stało. I to jest wtedy, kiedy ktoś ma pecha i nie jestem to ja. I to nie jest tak, że ja się wtedy cieszę z cudzego nieszczęścia i dlatego tak to wtedy rozpowiadam na prawo i lewo, nie, ja autentycznie nie mogę wtedy wyjść z szoku. Na przykład jak byłam z Anią w pierogarni i ona się oblała sosem z jagód. I zamiast jej jakoś pomóc, to ja siedzę i patrzę i nie mogę uwierzyć, że jak to się stało, że właśnie siedzą dwie osoby przy stole, z których jedna ma białą koszulkę upierdoloną na fioletowo i nie jestem to ja.  

Albo jak pewna moja meksykańska koleżanka podczas Erasmusa w Portugalii złamała nogę i musiała jeździć na wózku. Czaicie, ktoś złamał nogę i nie byłam to ja. I też wtedy opowiadałam wszystkim, że jak to się stało, że nie ja, a poza tym to że ona to taka biedna, bo tak daleko od domu, a wylądowała w szpitalu, i że w obcym kraju to tak trudno musi być to zorganizować…  

A teraz jestem w Brazylii. I leżę w szpitalu.   

Pamiętacie co mówiłam, że nie mogę kusić karmy? Już rozumiecie dlaczego.  

Spieszę wszystkich uspokoić, że wszystko jest w porządku. To znaczy, może nie wszystko, bo jak cię kładą w szpitalu na dwa tygodnie, to nie dlatego, że wszystko jest w porządku. Ale jestem leczona i czuję się coraz lepiej. Jak mawia mój brat, będę żyć.   

Zarówno przy tej historii z moim przedportugalskim szpitalem, jak i tej z Meksykanką łamiącą nogę w Lizbonie, opowiadając to komukolwiek zawsze kładłam największy nacisk na to, że to musi być takie skomplikowane i ogólnie logistycznie trudne do ogarnięcia tak chorować w obcym kraju. I wydawało mi się to gorsze od samej choroby. I jeszcze dzień przed trafieniem do szpitala skarżyłam się koledze, że bardzo źle się czuję i trochę się martwię, że to coś poważnego, ale to nie takie proste w moim przypadku iść w Brazylii do lekarza.  

A później zemdlałam na własne łóżko wracając z łazienki i w sumie już nie myślałam o logistyce, tylko zaczęłam działać. Pomimo tego, że byłam półprzytomna.   

Dzisiaj nie będzie śmiesznej puenty, ale wniosek z tego wszystkiego jest taki, że nie ma co się martwić na zapas, ale też że różne rzeczy wydają się trudne w teorii, a później człowiek zostaje przyparty do muru i przestaje się zastanawiać nad stopniem trudności i po prostu robi co musi.   

I że to nie jest tak, że “a co złego ma się stać?” i że nic złego się nie stanie. Bo może się stać, ale z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. I o tym pamiętajcie.  

I może jeszcze o tym, żeby nie oszczędzać na ubezpieczeniu medycznym. Ani na żelu antybakteryjnym do rąk.

Komentarze

Popularne posty