jak (nie) radzić sobie z różnicami kulturowymi

Mój drogi kolega Piotrek aka Pedro stwierdził ostatnio, że on to by bardzo chciał kiedyś wybrać się do Brazylii, ale to chyba nie jest kraj dla niego, bo on jest cholerykiem, i prędzej czy później zapewne trafiłby go szlag. Cóż, ja też jestem cholerykiem. I szlag trafia mnie tu średnio trzy razy dziennie. I ciągle uczę się sobie z tym radzić.

W pierwszym momencie klnę i rwę loki z głowy. I wysyłam wściekłe wiadomości do znajomych. O treści różnej, ale przeważnie zaczynające się od słów KURWA MAĆ, tudzież JA PIERDOLĘ. A później jest jeszcze coś w rodzaju "nie rozumiem tego kraju".

Jak już ochłonę, to wtedy tłumaczę sobie, że różnice kulturowe. Że to, że ktoś robi coś inaczej niż ja, wcale nie znaczy, że robi to źle. Że jestem tu gościem i muszę grać według zasad miejscowych. I ja to serio wtedy wszystko wiem i rozumiem, i przez chwilę nawet czuję opanowujący mnie spokój i jestem kwiatem lotosu na niezmierzwionej wiatrem tafli wody, ALE JEDNAK CZTERNASTA TO JEST CZTERNASTA, A NIE PIĘTNASTA TRZYDZIEŚCI PRZECIEŻ, JAK MOŻNA BYĆ TAK SKRAJNIE NIEZORGANIZOWANYM, NO JA PIERDOLĘ.

Tak jak mówiłam, cały czas się uczę opanowywać swoje wywołane różnicami kulturowymi emocje. Ale po kolei i od początku:

Po dwóch miesiącach w São Paulo wyruszyłam wreszcie nieco dalej. Korzystając z tego, że Renia przyjechała mnie odwiedzić i mam chwilowo kompana podróży (który to gotowy jest wyruszyć w sumie gdziekolwiek, oby przed siebie), wybrałam się do Kurytyby. Wyjazd ma trochę cele podróżnicze-rozrywkowe, a trochę akademickie. Nie będę wdawać się w szczegóły, ale long story short, miałam tu umówione spotkanie. Na 15:00.

Autobus z São Paulo do Kurytyby jedzie 6 godzin. Wybrałyśmy więc taki, który wyrusza o siódmej rano. Co oznaczało, że musiałyśmy wstać po piątej, żeby jeszcze zdążyć dojechać na dworzec autobusowy. Żeby było szybciej i żeby móc choć chwilę dłużej pospać, postanowiłyśmy jechać uberem.

Godzina szósta coś tam, wołamy tego ubera. Kierowca oddalony od Ciebie o 7 minut. Patrzę na mapę i trochę trudno mi w te 7 minut uwierzyć, ale no dobra. Czekamy. Minęło te 7 minut. Aplikacja pokazuje, że jeszcze dziewięć do jego przyjazdu. No dobra, bywa, korki. Mija piętnaście minut a ubera nadal nie ma. Pomału zaczynamy godzić się z myślą, że na ten autobus to my już nie zdążymy.

Uber przyjeżdża. Jedziemy. Przewidywany czas dotarcia na miejsce: 7:02. Już jestem zła. Bo to niby nie jest wina kierowcy, że są korki, że to jest gigantyczne miasto, że może mogłyśmy zamówić tego ubera pięć czy dziesięć minut wcześniej. Ale człowiek po to jedzie uberem, a nie komunikacją, żeby było SZYBCIEJ. Po jaką cholerę akceptujesz taki kurs, jak jesteś gdzieś w dupie daleko?

Zbliżamy się do dworca. Już go widzę. 6:57. "To my wysiadziemy już tu", bo widzę kolejkę do wjazdu. "Tu, na środku?". "Tak, owszem, tu na środku."

Biegniemy. Może akurat się uda. 7:01 wpadam zdyszana na peron, Renia biegnie gdzieś za mną. Curitiba? Sim. Wsiadamy, jakimś cudem zdążyłyśmy.

Podróż mija tak szybko, jakbyśmy podróżowały teleportem, bo byłyśmy na tyle niewyspane, że jak uderzyłyśmy w kimę, to otworzyłyśmy oczy dopiero o tej 13:00, kiedy to miałyśmy dojeżdżać na miejsce. Miałyśmy, bo tak naprawdę zajęło to jeszcze dodatkową godzinę. Ale no dobra, ja rozumiem, na drodze to tak bywa, korki, nieprzewidziane sytuacje. Chociaż z drugiej strony, przecież ten autobus jeździ codziennie na tej trasie, czy tak trudno to przewidzieć, że będzie jechał siedem, a nie sześć godzin? Przecież to nie trzeba być geniuszem logistyki, takie rzeczy są ważne, ludzie mogą mieć plany, umówione spotkania, jakbym chciała dojechać na 14:00 to bym pojechała autobusem o 8:00...

Dotarłyśmy do Kurytyby. Idziemy do hotelu. W sumie nie ma tego złego z tym opóźnionym autobusem, bo doba hotelowa zaczyna się od 14:00, to nie będziemy musiały czekać.

Ha, ha ha, ha ha ha ha. Dobry żart.

W hotelu jesteśmy o 14:15. Panowie w recepcji mówią, że pokój będzie gotowy dopiero za piętnaście, dwadzieścia minut i proszą o chwilę cierpliwości. No dobra. Słaby to motyw, bo to nawet nie jest żadne airbnb ani nic w tym stylu, to jest hotel, no sorry, jak od czternastej, to gotowe powinni mieć już wszystko od 13:45 conajmniej. Ale dobra. Czekamy.

Mija piętnaście, dwadzieścia, trzydzieści minut. Mija czterdzieści pięć. Mija godzina. Facet nas woła. Przeprasza za opóźnienie, ale już pokój jest gotowy, tu są klucze, piąte piętro.

Wjeżdżamy na to piąte piętro i szukamy pokoju numer 504. Od początku powinnyśmy były się domyślić, że to ten otwarty z odkurzaczem w wejściu. Pani sprzątająca patrzy na nas zdziwiona, my do niej, że dzień dobry, bo my to chyba tu. Ona oburzona do nas, że dlaczego na recepcji dali nam klucz skoro ona jeszcze nie skończyła. Proszę chwilę poczekać.

I tym oto sposobem, do pokoju, do którego miałyśmy wejść o 14:00 dostałyśmy się o 15:30. Dwa razy przesuwałam godzinę spotkania - z 15:00 na 16:00, a później z 16:00 na 16:30, a w sumie i tak ostatecznie dotarłyśmy spóźnione (choć według brazylijskich standardów to żadne spóźnienie).

Później tego dnia zostałam zapytana nie-wiem-ile razy, czy mi się podoba w Brazylii i czy chciałabym tu mieszkać. No i co ja mam I'm odpowiadać? "Tak, podoba mi się, ale nie, nie chciałabym tu mieszkać." "A dlaczego nie?" Mówię, że różnice kulturowe. Różnice? Jakie różnice? No i weź tu tłumacz Brazylijczykowi, że takie rzeczy jak wiecznie spóźnione wszystko i siedem papierów do wypełnienia na każdym kroku, gdzie wystarczyłby jeden (i w sumie to w ogóle nie widzę przeszkód do tego, żeby zrobić to internetowo), to jednak są dla mnie duże problemy. One się wydają małe, ale jeśli dzieje się to codziennie, a ty przez dwadzieścia pięć lat zdążyłeś się przyzwyczaić do zupełnie innego życia, a na dodatek jesteś osobą, którą niezwykle łatwo jest wyprowadzić z równowagi, to z tych małych rzeczy robi się duży problem.

Słyszałam już nie-wiem-ile razy, że "u Was tam w Europie to wszyscy się spieszą". To, co Brazylijczyk nazywa pośpiechem, dla mnie jest szacunkiem do czasu drugiego człowieka, dobrą organizacją i, jak to mawia mój tata, "elementarym poprządkiem". Lubię swój elementary porządek. Lubię, jak autobus, który ma przyjechać o 13:47 faktycznie przyjeżdża o tej 13:47. Lubię, jak ludzie wiedzą, że wychodzący ma pierwszeństwo a ruch jest prawostronny, więc nie leźżesz całym chodnikiem. Jak ludzie szanują moją przestrzeń osobistą i w sumie ogólnie przestrzeń publiczną i nie drą mordy na cały autobus. I to nie jest tak, że w Polsce takie rzeczy się nie zdarzają. Zdarzają się. Ale właśnie, ZDARZAJĄ SIĘ. Czasami.

Zaczęłam pisanie tego tekstu wczoraj, na gorąco, jeszcze czekając na ten pieprzony pokój. Kończę kolejnego dnia, kiedy już zdążyłam ochłonąć. To nie jest tak, że ci Brazole to są źli i najgorsi. Tu po prostu są inne wartości i szacunek do czyjegoś czasu nie jest jedną z nich. Tu w ogóle czas postrzega się jako coś, co jest nieskończone. Albo chociaż niesamowicie rozciągliwe. A może pojęcie czasu w ogóle tu nie istnieje? Może nawet tam jest lepiej? Może można wtedy oderwać się od problemów codzienności i osiągnąć nirwanę...

Tak rozmyślając nad tym udało mi się wrócić do trybu kwiatu lotosu. I pewnie nawet bym w nim została, gdyby nie to, że tu nawet na hotelową suszarkę trzeba czekać, aż jej się zechce pracować.

Komentarze

Popularne posty