telefon

Jak trudne może być załatwienie sobie zagranicznego numeru telefonu komórkowego? Cóż, to zależy. Głównie od stopnia upierdliwości kraju, w którym ten numer chcemy założyć. 

Są bowiem kraje nieupierdliwe, jak np. Portugalia – wchodzisz do kiosku, kupujesz kartę SIM, wkładasz ją do telefonu, wybierasz taryfę, w tym samym kiosku możesz zakupić doładowanie i już, voila, działa. 

Są też kraje upierdliwe, jak np. Polska, gdzie takie prepaidowe SIMy trzeba jeszcze zarejestrować. Nie wiem dokładnie w jaki sposób można to u nas zrobić, ale kiedyś jak pomagałam zagraniczniakom to ogarnąć, to poszliśmy do Play czy innego Orange w Złotych, gostek z obsługi klienta poprosił o paszporty, postukał w klawiaturę, coś tam powpisywał i voila, działa. Trochę upierdliwe, ale w sumie tylko trochę.

Ale są też kraje ultraupierdliwe. I takim krajem jest Brazylia. 

W Brazylii słowo klucz (a nawet nie słowo, tylko akronim) to CPF. To taki jakby nasz NIP, tylko dla osoby fizycznej, mają go wszyscy i do wszystkiego jest potrzebny. Jest kluczem, który otwiera wszystkie drzwi. Bez niego nie można zrobić NIC. Nawet przy logowaniu się do kawiarnianego WiFi zostałam poproszona o podanie CPF. Nie zdarzyło mi się co prawda jeszcze korzystać z brazylijskich publicznych toalet, więc nie wiem jak jest, ale podejrzewam, że babcia klozetowa na wejściu pyta o CPF.  No i przy rejestracji telefonu takowy CPF również jest potrzebny. 

I ja ten CPF nawet posiadam, więc czułam się zwycięzcą i wydawało mi się, że wszystko pójdzie ładnie i pięknie. Ale tak nie było.  

I tu wracamy do części, w której mówiłam, że Brazylia jest krajem ultraupierdliwym. Otóż nie chodziło mi nawet o to, że na każdym kroku pytają o CPF. To znaczy, o to też. Ale bardziej jednak o to, że na pytaniu o CPF się nie kończy. Są też pytania o pełen adres, imię matki, imię ojca, numer kontaktowy… Owszem, próbując zarejestrować NUMER TELEFONU, jest się pytanym o numer kontaktowy. Panie, żebym ja miała inny numer, to bym tego nie potrzebowała... Ale może od początku.  

Kupiłam starter. Czytam załączoną do startera instrukcję: włóż kartę do telefonu i czekaj na SMS z pytaniem o kod regionu, podaj kod, po czym dostaniesz SMS z Twoim numerem. Okej, wydaje się proste. Zapakowałam SIM do mojego rozlatującego się kalkulatora. I czekam. 
I czekam. 
I czekam jeszcze trochę. 
Żaden SMS nie przychodzi. 

To ja może wyłączę i włączę telefon. 
Wyłączyłam. 
Włączyłam. 
O, jest SMS! 
Witamy w sieci takiej a takiej. Proszę zalogować się na tej stronie i wybrać taryfę. No dobra, wchodzę na stronę. Ale pierwsze pytanie to: podaj swój numer. Ale ja nigdy nie dostałam tego obiecanego esemesa z numerem!  
Dobra, wyłączam jeszcze raz. 
Włączam jeszcze raz. 
Nic. 
Wyjmuję SIM. 
Wkładam SIM. 
Nic. 
To może ja jeszcze raz wyłączę. 
Nic nie pomaga. 
Dobra, dzwonię na infolinię. O, wyskoczyło jakieś info. Podaj swój CPF. Oczywiście. 
Podaję. I jest, jest, jest i on – numer! Cudownie. 

Teraz już tylko pozostało doładować konto. Ściągam aplikację, wpisuję swój numer (bo już go znam!) i dokonuję próby doładowania konta. 
Wpisz dane swojej karty. 
Wpisuję. 
Zapłać. 
Dupa, nie przeszło. Hm, może nie lubią MasterCard, jakież to szczęście, że Visę też posiadam! Wpisuję dane i… nic. No dobra, może to wina tego, że karty mam debetowe, może tylko kredytowe przechodzą. Kredytowej nie mam. Mówi się trudno, żyje się dalej, spróbuję jutro, na pewno można to doładować w jakimś kiosku czy czymś takim.  

Zasięgnęłam języka i okazało się, że owszem, mogę doładować na mieście. 
W aptece. 
APTECE.
Ha ha ha, ale heheszki, doładowanie telefonu w aptece, gdzie sens w tym, gdzie logika. Ale będę miała śmieszną historyjkę do opowiadania, no ja nie mogę… 
Żebym tylko wtedy wiedziała, co mnie jeszcze czeka i co jeszcze będę miała do opowiadania. Bowiem problem z uzyskaniem numeru i problem z doładowaniem to był dopiero czubek góry lodowej. Cała reszta czaiła się jeszcze skubana pod powierzchnią.   

Doładowanie konta poszło (zbyt) łatwo i sprawnie, dzień dobry, chciałabym doładować, sieć taka i taka, numer taki i taki, za tyle i tyle. Sprawdzam stan konta na telefonie – jest, poszło, konto doładowane, taryfa wybrana, voila, działa…? 

No właśnie, że nie działa. 
“Proszę dokonać aktualizacji zarejestrowanych danych.” 
Mówią, że zawsze tak jest, że trzeba trzy razy to samo podawać aż się dobrze zarejestruje. No dobra. 
Dzwonię. 
Automatyczna sekretarka, aby dokonać aktualizacji danych wciśnij 1. 
Teraz powiedz do telefonu swój numer CPF. No to mówię. Jedenaście cyfr. Ze swoim portugalskim akcentem z Portugalii, no bo jak mam mówić inaczej, skoro mam taki akcent. Ale brazylijska automatyczna sekretarka nie rozumie mojego portugalskiego akcentu. 
“Nie było możliwe zidentyfikowanie Twoich danych, łączymy Cię z infolinią.”  

O nie, już mi się to nie podoba. Rozmowa przez telefon, zapewne w tragicznie złej jakości, w obcym języku, na dodatek z osobą, której akcentu nie rozumiem i która pewnie nie rozumie mojego. No ale dobra, co robić, dzwonię. 

Dzień dobry, podaj swoje dane, podaj CPF (oczywiście), podaj kod pocztowy, podaj numer dowodu. 
Może być paszport? Bo jestem obcokrajowcem. 
Może, proszę podać. 
Podałam. Ale żebyście sobie nie wyobrażali czasami, że to tak sprawnie poszło. To nie jest podaj to, podaj tamto, dzięki. Nie. To jest raczej: proszę podać CPF, proszę poczekać, proszę poczekać jeszcze chwilę, jeszcze chwilę proszę, proszę o jeszcze chwilę cierpliwości. Dobrze, a teraz proszę podać kod pocztowy, proszę poczekać… I tak przez pół godziny. Tylko po to, żebym na koniec usłyszała: nie było możliwe dokonanie rejestru, proszę udać się do punktu obsługi klienta. 

Głęboki wdech, głęboki wydech. Odczekałam ze dwie godziny. Dzwonię znowu. Inny konsultant, ten sam rytuał, taki sam wynik: proszę udać się do punktu obsługi klienta. Dobrze juz dobrze, udam się tam jutro. 

W punkcie obsługi klienta powiedziano mi, że zapewne to wina mojego telefonu. Że zablokowany. 
No jak zablokowany, skoro udało mi się przez ten telefon zarejestrować ten numer i tak dalej. 
Ale gość się upiera, że zablokowany. 
No panie, jak zablokowany, skoro używałam z portugalską kartą. 
To w takim razie zablokowany na kraje poza Europą. 
Ale przecież łapie sieć, tylko dalej nie chce działać! Ja dzwoniłam na infolinię i kazali mi tu przyjść, żeby się zarejestrować. 

Gość chyba po prostu miał mnie dosyć, więc poprosił o paszport. Coś tam powpisywał w komputer, proszę, proces rejestracji może potrwać do 24 godzin.  

24 godziny minęły, a telefon jak nie działał, tak nie działa. Kur… Już jestem mocno poddenerwowana. Może faktycznie to wina mojego telefonu? Próbuję przełożyć kartę do innego, ale to nic nie zmieniło. Ale teraz przynajmniej mam argument dla dziada z punktu obsługi, że HA!, wcale nie miał racji. 

Nowy dzień, nowa wycieczka do punktu obsługi klienta. Tłumaczę wszystko od początku. Że ja zrobiłam wszystko jak trzeba, a ten uparty głos w słuchawce cały czas mi mówi, że należy dokonać aktualizacji danych. Gość wchodzi do systemu i mówi, że u niego niczego nie brakuje. Że powinno działać. Że on nie wie, dlaczego nie działa. Pokaż no ten telefon. I co tu nie działa. Spróbuję zadzwonić… o, faktycznie nie działa! 

No co ty nie powiesz. 

W tym momencie jestem już ultra wściekła. Typ łączy się z infolinią z mojego telefonu. Ale tak żebyście mieli pełen obraz sytuacji: człowiek w punkcie obsługi klienta, do którego kazali mi iść ludzie z infolinii, dzwoni na tę samą infolinię, która kazała mi iść do punktu obsługi klienta. No ale dobra, niech robi co chce, niech mi tylko to działa! 

Bo brak telefonu to brak Internetu. A brak Internetu w takim mieście jak São Paulo, to jest tragedia. To już nawet nie jest tragikomedia, to jest po prostu tragedia. Tu są autobusy z czterocyfrowymi numerami, tu nie ma list przystanków, rozkładów i schematów linii. Tu jest miejska dżungla, tu wytrwa najsilniejszy. I zapewne ten, kto ma internet w telefonie.  

Typ dzwoni więc na tę infolinię i mówi, że tak, że ma na imię Paulina. Podaje CPF (oczywiście). Podaje numer paszportu. Dziękuję, do usłyszenia. Dziwnie szybko mu to poszło. 
Numer zarejestrowany, proces rejestracji może potrwać do godziny.  
I co, i po tej godzinie będzie działać? 
Będzie działać. 
Na pewno?  
Na pewno. 
Bo jak nie będzie, to ja wrócę!  
Możesz wrócić, zapraszam.  

Wychodzę stamtąd i w sumie to mam jakąś nadzieję, ale wiary to już mi brak. Ale nic, poczekam, może akurat.  

Yep, you guessed it. Godzina minęła, telefon jak nie działał, tak nie działa. Postanowiłam podjąć ostatnią, absolutnie ostatnią próbę. Jeszcze raz zadzwonię na tę pieprzoną infolinię. Ale jutro… dziś już nie mam na to siły. 

Nastał kolejny dzień, wstałam, poszłam do sklepu, zrobiłam śniadanie, zjadłam śniadanie, zrobiłam pranie. Jeszcze tylko zamiotę pustynię, i dzwonię. Dobra, zebrałam siły i dzwonię. Tym razem to już na serio.  

(Gdybyście zastanawiali się w jaki sposób udawało mi się dzwonić na te infolinie, skoro telefon nie działał, to spieszę wyjaśniać, że mniej więcej na tym polegał problem, że jedynym numerem, z jakim ten telefon się łączył, była właśnie ta pier… ekhem, rzeczona infolinia.) 

Dzień dobry, ja tu dzwonię, bo taki problem. Dzwoniłam już do Was, i w punkcie obsługi też byłam, i dalej nie działa. Wtedy zadano mi serię pytań przeznaczonych dla idioty – a doładowałaś konto? A masz zasięg? A dobrą kartę SIM masz włożoną do telefonu? 

NIE, MAM ZŁĄ KARTĘ I DZWONIĘ DO CIEBIE TAK NAPRAWDĘ Z INNEGO NUMERU.  

Wdech, wydech. 

Po 40 minutach tej fascynującej rozmowy konsultant stwierdził, że on nie wie, co jest nie tak z moją kartą, ale że uruchomi protokół reklamacji i skontaktuje się ze mną w ciągu 24 godzin. Mówiąc “dziękuję, do usłyszenia” podjęłam w duchu decyzję, że przez te dwadzieścia cztery godziny to oni sobie mogą uruchomić proces pocałowania się w dupę.   

Trochę szkoda tych czterdziestu reali, które wydałam na starter i doładowanie, ale wyceniłam swoje zdrowie psychiczne na więcej.  Następnego dnia kupiłam nowy starter. Innej sieci. Nowa sieć, nowa przygoda. 

Na początek nie mogłam się dogadać z panem kioskarzem:
Dzień dobry, czy kupię tu starter. 
Tak, a jakiej sieci? 
Oi. 
Jakiej sieci pytam. 
OI!   

(Powyższy żart jest śmieszny tylko wtedy, jeśli się wie, że “oi” to takie brazylijskie “hę?” tudzież “co?”.)

Pakuję kartę do telefonu. Proszę wpisać CPF (oczywiście). Nie było możliwe zidentyfikowanie numeru, łączymy Cię z konsultantem. Oho, to nie zapowiada się dobrze…  

Ale ostatecznie nie było źle. Pani konsultantka zebrała ode mnie wszystkie dane – imię, nazwisko, adres, data urodzenia, CPF (a jakże), numer dokumentu, imię matki, numer buta… i nawet dziwnie sprawnie to poszło. 

Zbyt piękne by mogło być prawdziwe?  

Trochę. Bo po chwili mojego oczekiwania (proszę poczekać, rejestruję dane), pani konsultantka mówi: jeszcze jedną rzecz potrzebuję. Organ wydający dokument tożsamości.   

W tym momencie musiałam chyba wydać z siebie jęk, który pani konsultantka wzięła za “oi?”, bo zaczęła mi tłumaczyć co to znaczy organ wydający dokument. Ale to nie było to, że ja nie rozumiałam. Ja po prostu zdałam sobie w tamtym momencie sprawę z tego, że za chwilę będę Brazylijce przez telefon literować WOJEWODA WARMIŃSKO-MAZURSKI. W sumie to jeszcze pół biedy, że Wojewoda. Mogło być WOJEWÓDZTWO.

Na szczęście po WOJEWODA kobieta się poddała i powiedziała, że ona tej następnej części już nie chce, że już wystarczy.  

Dziękuję, to wszystko, w ciągu 24 godzin dostaniesz SMS ze swoim numerem i potwierdzeniem rejestracji.   Ten tekst o 24 godzinach to ja już słyszałam… No pięknie, znowu będzie dupa.   

Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy SMS przyszedł po 10 minutach. A później udało mi się doładować konto. I voila, działa! Działa. D Z I A Ł A.

Póki co.

Komentarze

Popularne posty