pozdrowienia z ciepłych krajów

Kojarzycie te memy z serii “co moi znajomi myślą, że robię; co naprawdę robię”? To moje życie jest teraz trochę takim memem.   

Bo moja mama na przykład myśli, że uczę się pilnie. Co trochę jest prawdą, bo na pewno mam zamiar uczyć się pilnie. Tylko po prostu nie mogę się jeszcze za to zabrać.   

Moi znajomi myślą, że się wyleguję na plaży. Ba, nawet moi wykładowcy tak myślą! Kilka tygodni temu w mailu od jednej z moich wykładowczyń przeczytałam: “mam nadzieje, ze zdoła Pani ukonczyć artykuł gdzieś na Copacabanie…” (nie pytajcie, jaki artykuł, i kiedy miałam go napisać… to trochę patrz punkt pierwszy – mam zamiar sumiennie pracować, ale jeszcze nie udało mi się za to zabrać). Plaży, moi drodzy, w São Paulo nie ma. Gdyż, kto nie wiedział, to już spieszę z wyjaśnieniami, że nie, nie jestem w Rio, bo Brazylia to jest bardzo duży kraj i ma więcej miast niż tylko Rio. Jestem w São Paulo, które nie, nie jest położone na wybrzeżu, gdyż, patrz punkt pierwszy, Brazylia to bardzo duży kraj jest i nie jest to Chile, żeby wszystko było na wybrzeżu.   

Zarówno moi rodzice, jak i moi znajomi (jak i wszyscy inni) myślą, że umieram tu z powodu upałów. I na nic tłumaczenie, że ja przecież jestem pod równikiem, że do góry nogami, że tu teraz zima. “E tam, taka zima to przecież nie jak nasza zima!”. No nie. Ale te tropikalne zimy to bardziej człowiekowi potrafią zmrozić dupsko niż te nasze północne. Dlaczego? Rozwiązanie tej zagadki znajduje się w słowie OGRZEWANIE.

Kto dobrze mnie zna, ten wie, że żeby z moich ust padły słowa “zimno mi”, to musi zaistnieć jedna z dwóch poniższych okoliczności: 
1) Jestem chora; 
2) Jest naprawdę cholernie zimno i wszyscy inni już dawno zamarzli. 
Dwa lata temu dodałam do tej listy jeszcze trzecią możliwość, mianowicie: 
3) Jestem w Porto.  

Mi jest po prostu zawsze gorąco. Albo ciepło przynajmniej. Albo w każdym razie niezimno. A już na pewno jest mi niezimno w nocy. Dlatego też nie używałam nigdy wynalazku, jakim jest długa piżama. Owszem, zdarzało mi się dostać takową na Gwiazdkę czy też na moje wypadające w samym środku srogiej polskiej zimy urodziny, ale zawsze kończyły albo na dnie szuflady, albo w najlepszym przypadku jako ubranie “po domu”. No bo kto to widział, spać w długich spodniach? I na długi rękaw? Pfff.   

Moje zdanie, a wraz z nim i zwyczaje piżamowe, zmieniło się wraz z pierwszym portueńskim* deszczem. Kiedy w Porto robi się zimno, to żarty się kończą. Kończy się też “mi nigdy nie jest zimno”. Bo kiedy jesteś w pomieszczeniu zamkniętym, to owszem, jest zimno. Jest tak zimno, jak jeszcze nigdy nie było Ci zimno. Jest tak zimno, że widzisz swój oddech. W domu jest tak zimno, że wychodzisz na dwór, żeby się ogrzać. Kto nie wierzy, ten nie uwierzy, dopóki nie przekona się na własnej skórze.   

W Porto było mi okropnie zimno. Szczególnie w domu. Szczególnie w nocy. Dlatego też, po raz pierwszy w swoim dorosłym życiu, zaczęłam spać w długich piżamach. Kupiłam sobie dwie pary, nosiłam na zmianę. Nie wzięłam ich ze sobą do Polski, bo wiedziałam, że nigdy więcej mi się długa piżama przecież nie przyda, przecież wracam do cywilizowanego kraju, w którym ludzie rozumieją, że jak jest w pomieszczeniu zimno, to można takie pomieszczenie OGRZAĆ. Ale życie, a szczególnie moje życie, jest znane z tego, że lubi dowodzić, że człowiek nie ma racji. Spoiler alert:  te piżamy to jednak by się przydały.

Wracając więc do mema i do Brazylii – co tak naprawdę tu robię? Leżę pod kocem. Bo mi zimno. Znowu.  Moja lista przypadków, w których jest mi zimno poszerzyła się więc o punkt 3a:  
1) Jestem chora; 
2) Jest naprawdę cholernie zimno i wszyscy inni już dawno zamarzli; 
3) Jestem w Porto 
    3a) albo w Brazylii.  

Kilka dni przed moim przyjazdem tutaj dostałam wiadomość o treści: "przywieź ze sobą kołdrę, bo tu zimno". Jak to zimno? I jak to kołdrę? Jak ja niby przewiozę kołdrę? Przecież w walizce nie zmieszczę. Co, mam się w nią zawinąć i na lotnisku powiedzieć, że to mój płaszcz zimowy Maison Martin Margiela x H&M? I, jeszcze raz, jak to zimno??!  

Ostatecznie jednak uznałam, że mądrość ludzi, którzy już znają sytuację z własnego doświadczenia, jest bezcenna. Powędrowałam więc do Ikei i wybrałam kołdrę, taką w miarę najcieńszą, bo po pierwsze budżet, po drugie jak-ja-to-zmieszczę-w-walizce, po trzecie jednak nie wierzyłam tak do końca w to zimno, więc bez przesady z tą kołdrą, ok? Będąc w Ikei moją uwagę przykuł także dział z kocami. Z portueńskiego doświadczenia wiem, że kołdra kołdrą, ale ostatecznie nic tak nie grzeje jak kocyk, w który można się szczelnie zawinąć. Ostatecznie jednak wyszłam ze szwedzkiego meblowego bez koca, bo budżet, bo jak-ja-to-zmieszczę-w-walizce (a na koc już niestety nie mam fashionistycznego wytłumaczenia… chyba, że może Lenny Kravitz w 2012?) i, przede wszystkim, bo nie może być aż tak zimno!   

Koc kupiłam kilka dni po przyjeździe do Brazylii. Tak, może być tak zimno.  

Okazało się, że Brazylijczycy, jako dziedzictwo kolonialne, przejęli po Portugalczykach nie tylko język, ale także niezdolność do zrozumienia konceptu IZOLACJI TERMICZNEJ. Nie przetłumaczysz Portugalczykowi, że jak masz dobrą izolację w budynku, to ona chroni i przed zimnem, i przed ciepłem. Taki Portugalczyk będzie Ci uparcie tłumaczył, że u nich przecież lato jest takie okropnie gorące, więc to dobrze, że w domu mają chłodniej. A zima to trudno, zimę jakoś przeżyjemy, przez cztery miesiące w roku będziemy po chacie popierniczać w czterech swetrach i rękawiczkach (true story).

Brazylijczykom nie próbowałam tej idei tłumaczyć. Z góry zaakceptowałam porażkę i zaniechałam wszelkich prób.

Chociaż Brazylię jeszcze można tu usprawiedliwić, bo oni tutaj mają zimno faktycznie tylko przez chwilę, i to jest na dodatek takie umiarkowane zimno. Portugalia to z kolei zupełnie inny przypadek, bo przecież na północy to przez jedną trzecią roku jak nie więcej… ale dobra, na "geniusz "portugalskiej myśli inżynieryjnej będę się denerwować za pół roku, jak już tam będę. Wracając, znowu, do tematu Brazylii:  

Jest zimno. Pada deszcz. I nie schnie pranie. Już to kiedyś słyszeliście?

Problem deszczu jednak nie jest tu taki znowu poważny, bo pogoda jest raczej w kratkę – raz pada, raz nie pada. Trzy dni pada, trzy dni nie pada. Nawet jak przez te trzy dni deszczu zgnije niewyschnięte pranie, to się je wrzuca znowu do pralki i słonecznego dnia schnie w trzy godziny. Trzy dni deszczu to nie trzy miesiące deszczu, trzy dni deszczu to można przeżyć.  

Ale trzy tygodnie ciurkiem zimnych nocy, to już trudniejszy orzech do zgryzienia.   

Zaopatrzyłam się więc w kołdrę, jeszcze na europejskim kontynencie. Zaopatrzyłam się w koc, już po tej stronie Atlantyku. Postanowiłam spać w skarpetkach. No dobra, nie postanowiłam, sytuacja mnie do tego przymusiła. Czasami szłam spać w bluzie, czasami udało mi się zasnąć tylko w koszulce, ale budziłam się w nocy, żeby tę bluzę założyć.  

Pewnej wyjątkowo zimnej nocy obudziłam się około trzeciej dygocząc z zimna. Założyłam bluzę, ale niezbyt wiele to pomogło. Zawinęłam się szczelniej w koc, ale to też niewiele dało. Nie mogłam zasnąć, bo było mi zbyt zimno. Zmieniłam więc bluzę na długi sweter. Bez zmian. Po czterdziestu minutach dygotania wstałam wściekła, otworzyłam szafę, wyjęłam dżinsy, zaciągnęłam je na dupsko i wróciłam do snu. Wygodnie? Nie. Ciepło? Też w sumie nie, ale zawsze to lepiej, niż w krótkich spodenkach…   

Pierwsze co zrobiłam następnego dnia rano, to pognałam do centrum handlowego celem zakupienia długiej piżamy. Tudzież dresów. Tudzież czegokolwiek co ma długa nogawkę i nie jest z dżinsu i mogę w tym spać.  

I tak oto stałam się posiadaczką trzeciej w swoim życiu długiej piżamy. W Brazylii. Tak, przypominam, pierwsze dwie nabyłam w Portugalii.   

Pozdrawiamy serdecznie z ciepłych krajów, ja i moja nowa piżama.



PS. Jestem raczej przeciwnikiem kupowania nieruchomości, zwłaszcza na kredyt (a niestety nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek było mnie stać na zakup nieruchomości za gotówkę), nigdy więc takowego zakupu nie przewidywałam. Ale jeśli moje życie potoczy się tak, że na stałe osiądę w Portugalii czy tam Brazylii czy jakimkolwiek innym “ciepłym” kraju, to zaciągnę taki kredyt, że jeszcze wnuki moich wnuków będą go spłacać i wybuduję dom. Po to tylko, żeby sobie móc w nim zainstalować porządne ogrzewanie.   

*Ja nie wiem, jaki jest poprawny przymiotnik od miasta Porto, jeśli ktoś jest mądrym polonistą i chce mnie oświecić, to ja bardzo chętnie się dowiem. Przy czym zaznaczam, że jeśli jest to “portowy”, to ja taki przymiotnik mam gdzieś i zignoruję to, że kiedykolwiek ktokolwiek mi o tym powiedział i dalej twardo będę używać spolszczonej wersji portugalskiego “portuense”.

Komentarze

Popularne posty